JA SIĘ NIE PODDAJĘ, czyli idę kosić trawę

źródło:pixabay.com

Rodzicielka z Przyszywanym pojechali nad morze na urlop. Nie wiem jakim cudem udało im się ustalić, że nad morze i że każde z nich wsiadło w ten sam samochód i pojechało, bo zgodni oni nie są w niczym. Nawet w tym jakie sztućce rzucić na stół albo gdzie powinno być wywieszone pranie- przy jabłonce, czy przy gruszy. Jakby to w ogóle miało jakiekolwiek ZNACZENIE. Dlatego jestem pełna podziwu, że na ten urlop w ogóle pojechali i to w to samo miejsce razem 😛 Czytaj dalej JA SIĘ NIE PODDAJĘ, czyli idę kosić trawę

nad przepaścią relacji damsko-męskich

frustrated lindsay lohan elizabeth taylor
źródło: giphy.com

Chyba już wspominałam, że mam lęk wysokości. Panicznie boję się być wyżej, niż 2 metry nad ziemią. Dlatego m.in. w moim przypadku odpadają szpilki 😛 Teraz wyobraźcie sobie, że stoję nad przepaścią. Panika. Nic innego, tylko panika.
Nad przepaścią zdarza mi się stawać raz na jakiś czas. Najczęściej wtedy, kiedy jestem na randce i próbuję z tej randki czerpać tyle przyjemności, ile tylko się da ( i wcale nie mam na myśli seksu 😉 ) Na randce chcę się śmiać. Chcę zabawnej złośliwości, chcę śmiesznych porównań i komediowych cytatów. Jednak bardzo rzadko jest mi do śmiechu.
Nie wiem… może nie zostaliśmy nauczeni bycia dowcipnym, czy tego jak możemy wyśmiać życie? W szkole poczucia humoru nie uczą. Wszystko jest tam tak przygnębiające i te LEKTURY… Pouczające, historyczne, wojenne lub wojenne z wątkami nieszczęśliwej miłości. Jakie to przykre… Później życie też nas nie rozpieszcza. Harujemy jak woły; stresujemy się pracą, zdrowiem, sytuacją polityczną w kraju i na świecie; martwimy o wszystko. Gdzie tu miejsce na poczucie humoru? Utknęło gdzieś między brudnymi skarpetkami a niezapłaconymi rachunkami.
Przecież tak można OSZALEĆ.
Nie chcę być wariatką. Smutną, zrzędzącą wariatką. W moim życiu lekarstwem na całe zło jest śmiech. Jedni wydają tysiące na spełnianie zachciewajek, ja żartuję i wyśmiewam. Mój świat musi mieć jakieś kolory, bo skończę w łóżku. Z mało namiętną depresją.
Skoro ja robię wszystko, żeby jakoś przejść przez to życie, to osoba, z którą chcę spędzić trochę czasu (lub nawet życie) MUSI mieć choć trochę poczucia humoru. MUSI. Jeszcze jedno spotkanie z człowiekiem, który wypyta mnie o wszystkie przygnębiające kwestie z mojego życia, potem przeanalizuje moje słabe kontakty z ojcem a skończy pytaniem o wątpliwie zdrowie Rodzicielki i UMRĘ.
Po drodze odwiedzę psychoanalityka.
Na nic moje usilne próby zmiany tematu. Wszelkie formy lekkiego żartu lub obśmiania rzeczywistości kończą się lekkim półuśmieszkiem z wyrazem twarzy ewidentnie wyrażającym zniechęcenie.
To po jasną cholerę taki człowiek zabiega o kontakt? Skoro moje podejście do życia jest zgoła inne do jego podejścia, to po co???  Ile można poważnie rozmawiać? Ja nawet w pracy nie mogę ciągle prowadzić poważnych rozmów, bo mnie to przygnębia, więc JAK? Dzieli nas PRZEPAŚĆ.

Mam zbyt duży lęk wysokości, żeby ją pokonywać.