wnuczka z wizytą u dziadków

babciaKorzystając z faktu, że mam bardzo dużo czasu wolnego a dziadkowie po mojej ostatniej wizycie wypoczynkowej w szpitalu bardzo się o mnie martwili, podjęłam decyzję o odwiedzinach najstarszych członków mojej rodziny.
Zakupiłam godzinny bilet tramwajowy, wzięłam ze sobą prowiant, książkę, telefon z dostępem do blogów i RUSZYŁAM w świat 😛

Upocona, wytrzęsiona i odrobinę obolała (jeszcze wtedy niektóre narządy wewnętrzne przypominały mi o tym, że niedawno wyciągnięto mnie z rowu 😛 ) dotarłam do ukochanych dziadków. Babcia ze łzami w oczach wycałowuje mnie i ściska. Dziadek częstuje czereśniami (jest to jeden ze sposobów pokazania jak kocha swoją wnuczkę). Taki piękny wstęp, jak w książkach dla dzieci z bajkami.
Oznajmiam dziadkom, że muszę wejść do kilku sklepów (na mojej wsi mam tylko jeden sklepik) i kupić do lodówki kilka rzeczy. Pytam również czy czegoś nie potrzebują, co mogłabym im ze sklepu przynieść.
-Tylko nie kupuj nic ciężkiego! Nie możesz dźwigać! I wiesz, Wnusiu, to ja z tobą pójdę, bo też coś muszę kupić a sama to jakoś się boję.
Babcia ponad miesiąc temu miała zabieg laserowego usuwania zaćmy. Od czasu tej jak to nazywa „operacji” mówi, że boli ją głowa, że bolą ją oczy, że jej słabo, że „czego ona tam nie przeżyła na tym stole OPERACYJNYM” itp. Wzdycham sobie cichuteńko, bo to dla mnie nic nowego. Babcia swój stan zdrowia przeżywa od … jak wiem z innych rodzinnych źródeł- dobrych 45-ciu lat.
Ruszamy na zakupy. Babcia trzyma mnie pod rękę, bo jak to określiła boi się chodzić przez tą OPERACJĘ. Dobrze…
-Chomiczku, tylko nie kupuj sobie ciężkich rzeczy! Bo cię wszystko boli a ty dźwigać nie możesz! Chodź tutaj do spożywczego, to kupię kilogram truskawek, to sobie zjemy.
Pakuję do torebki truskawki, chleb, musztardę i jakąś tam pierdołę.
-To chodź jeszcze wejdziemy do piekarni i kupię mąkę. A Ty Wnusiu nic nie chcesz? Może coś ci kupię? Tylko, żebyś nie dźwigała!
-Możesz mi wziąć rogala i drożdże, to porządzę trochę w kuchni.
Po drodze kupujemy jeszcze jakieś drobiazgi, po czym babcia mnie informuje, że musi jeszcze kupić mleko w drugim końcu osiedla a 3 kg ziemniaków weźmiemy na samym końcu u Pana Marka, żebym co?- Tak, nie dźwigała 😛
W końcu udaje nam się dotrzeć do Pana Marka.
-O! Pani Chomikowa! Matko kochana! Jak się pani czuje? Bo to straszne było, co panią spotkało! Pani wie co babcia przeżywała?
Patrzę mu prosto w oczy i nawet nie mrugnę. Milczę i zastanawiam się jak to możliwe, aby ta starsza kobieta, która wisi mi na ręku była spokrewniona z moją Rodzicielką i ze mną oczywiście. W kolejce stoi jakaś kobieta i zagaduje babcię:
-Ooo! To ta pani wnuczka co taki ciężki wypadek miała?! Widzi pani jak to dobrze, że nic więcej jej się nie stało? Ale jak chodzi, to nie było tak źle.
??????!!!
Boję się odwrócić w którąkolwiek ze stron, bo dopadnie do mnie znów jakiś obcy człowiek i będzie się mnie pytać jak ja się czuję po wypadku. Ściągam wzrokiem Pana Marka i patrzę mu pytająco w oczy. Pan Marek porozumiewawczo kiwa głową.
Całe osiedle wie.
Całe osiedle myśli, że cudem uszłam z życiem.
Całe osiedle współczuje mojej babci CIĘZKIEJ OPERACJI OCZU, PO KTÓREJ JUŻ NIC NIE WIDZI (!)
Wstyd mi przed całym osiedlem.
Babcia pakuje mi do torby 3 kg ziemniaków, trochę marchwi, trochę ogórków i kilka jabłek. Jestem obładowana jak wielbłąd na pustyni.
-Ojej! Wnusiu! Co cię boli?! Widzisz, ty nie powinnaś jeszcze chodzić. Taki ciężki wypadek!

Docieramy do mieszkania. Rozładowuję zakupy i siadam do herbaty. Dziadek zagaduje Wnusię:
-To co ty teraz zrobisz bez samochodu? Jak będziesz jeździła z pracy do pracy?
-Dziadku, będę musiała coś kupić, ale dopiero jak sprzedam tego grata. Przecież będę musiała.
-A ciebie będzie na to stać? Może będziesz od cioci pożyczać samochód? (pragnę zauważyć, że ciocia porusza się samochodem non stop)
-Pożyczyć? To chyba musiałaby mi DAĆ ten samochód, żebym codziennie nim jeździła.
-A da ci? Może ci da?
Litości…………
-Dziadek! Czyś ty oszalał? To nie jest fundacja charytatywna, żeby mi dała SAMOCHÓD. SAMOCHÓD, dziadku. Nie krem do rąk, nie 100zł w prezencie na urodziny, tylko SAMOCHÓD.
-To może Przyszywany Ojciec odda ci swój?- zadaje typowe dla niego pytanie.
Robi mi się gorąco. Zastanawiam się co to za jakiś absurdalny dialog… Kiedy próbuję jakoś ogarnąć myśli i dociec przyczynę złośliwości dziadka, babcia dołącza się do rozmowy:
-Ja wiem Chomiczku, że nie masz samochodu, ale ja będę musiała jechać na cmentarz. Ja sama nie pojadę, bo się boję przez tą OPERACJĘ- mówi głosem umierającej kobiety.
-Babciu, to mam po ciebie przyjechać? Zabrać cię na ten cmentarz, odwieźć i wrócić do siebie? I to wszystko naszym MPK w 1 dzień?
-No tak, dziecko, bo ja się boję. Ja sama ledwo chodzę a już tam nie byłam kilka miesięcy.
-Babciu! Ale to jest dla mnie do pokonania prawie 80km! Ja przypominam, że NIE MAM SAMOCHODU.
-Ale masz czas, przecież jesteś na zwolnieniu.

Rozbolała mnie głowa. Cholernie. Muszę wziąć tabletkę. Nie, ja już dostałam temperatury. Ta sama reakcja, co na telefon z pracy.

Wracam do dziadka do kuchni. Próbuję jakoś ogarnąć bałagan, swoje myśli i złość. Dziadek jak gdyby nigdy nic, najspokojniej w świecie spożywa jabłko. Nagle czuję, że obrywam jakimś drobiazgiem w stopę. To pestka od jabłka.
-Dziadek! Co ty wyprawiasz? Dlaczego plujesz pestkami?
-A nie wolno mi?
-Wszystko ci wolno, ale podłoga to chyba nie jest miejsce na pestki?
-A gdzie?
-Z tego, co wiem to takie rzeczy wyrzuca się do śmietnika, ale młoda jestem, więc mogę się mylić…
Poddałam się. Ewidentnie się poddałam.

W domu pytam się Rodzicielki co oznaczał pierwszy dialog z dziadkiem. W końcu to jej ociec. Lepiej go zna.
-Przecież wiesz, że on całe życie był złośliwy. Na starość jest jeszcze gorszy.
-A może to nie złośliwość, tylko on po postu nie kojarzy? Może on pewnych rzeczy nie rozumie? Ma swoje lata przecież- próbuję dziadka usprawiedliwić. Przecież to DZIADEK. MÓJ.
-I dlatego, dziecko ty się na sędziego nie nadajesz. Ty byś tylko dobro chciała wśród ludzi widzieć a tu taki zonk.

Ha! Ja się w ogóle NIE NADAJĘ. Ja się nawet na wizyty u dziadków NIE NADAJĘ. Ukrzyżujcie mnie. Proszę bardzo.

moja wiara w dużą rodzinę ;)

duza rodzina matka 6 dzieci w roznym wieku pozytywne inspiracje sesja zdjeciowa macierzynstwoOdwiedziły mnie moje dobre znajome. Jedna z dzieckiem uwieszonym na szyi i w ciąży. Druga samotna (wspominałam o niej już nie raz 😉 ).
Dziewczyny zaczynają rozmawiać o swoich planach i marzeniach. Ja wchodzę w rolę biernego słuchacza, bo co mogę mówić jak i tak życie zweryfikuje każdy mój plan i marzenie 😛 Zresztą one dobrze wiedzą o czym marzę i jak staram się marzenia realizować.
-Mówiłam mojemu mężowi, że chciałabym jeszcze trzecie dziecko, ale on coś zbyt chętny do tego nie jest- mówi ze smutkiem i lekkim rozczarowaniem Moja Ciężarna.
-Ale czemu? Przecież mówiłaś mu, że marzysz o dużej rodzinie. Przecież razem marzyliście o dużej rodzinie.- znajoma wnika w temat.
-No właśnie… Ja wiem, że nie mamy już pieniędzy na trzecie dziecko… że ta budowa domu… Powiedział mi, że teraz po tej drugiej ciąży sprzedamy ubranka, więc sprawa wydaje się być zamknięta.
Chwila ciszy. Każda z nas po cichu analizuje sprawę.
-Marzy mi się dużo dzieci, ja naprawdę chciałabym mieć dużą rodzinę, ale ja go też rozumiem…
Muszę sytuację jakoś rozładować, bo zaraz mi się dziewczyna popłacze. Wtrącam się w takim razie:
-Mała, no duża rodzina to super sprawa! Może jeszcze go namówisz albo sama rozwiążesz problem 😉 Duża rodzina to ważna kwestia  jest!
Patrzą na mnie z otwartymi ustami, bo wiedzą, że w mojej opinii posiadanie więcej niż jednego dziecka to już harmider nie do opanowania. Patrzą i widzę, że uszom własnym nie wierzą 😛
-No co jesteście takie zaskoczone? Ja naprawdę wierzę w duże rodziny! Uważam, że każda kobieta powinna mieć przynajmniej trzech mężów.
😛 😉

w podróży MPK…

mpkJuż kilka ładnych lat nie podróżowałam naszym nieszczęsnym MPK. Prawie zapomniałam jakie przyjemności mogą spotkać pasażera w tramwaju czy autobusie miejskim.

Jeszcze zanim zdobyłam prawo jazdy (nie mogę użyć słowa „zrobiłam” czy „zdałam”, gdyż cały proces przypominał nierówną walkę udomowionego szczeniaka z dzikim niedźwiedziem polarnym 😛 ), podróżując tramwajami czy autobusami przechodziłam prawdziwą szkołę przetrwania. Nie wiem czy był to efekt tego, że w oczy się rzucam, czy tego, że ja po prostu mam w sobie to magiczne „coś”, co przyciąga do siebie ludzi. Nie, nie takich jakbym sobie życzyła… Przynajmniej połowa moich doświadczeń tramwajowych była związana z nagabywaniem mnie przez bezdomnych, będących pod wpływem (czasem absurdy moich „spotkań” doprowadzały do tego, że się zastanawiałam, czy aby na pewno tylko pod wpływem alkoholu), czy wesołych i „szalonych” młodych ludzi prezentujących brak powszechnie obowiązujących zasad kultury. Żeby choć raz trafił się przyzwoity człowiek, który umiliłby pokonywanie trasy praca <-> dom… nie trafił się. Przynajmniej nie do tej pory…
Tak czy inaczej już wiem po kim odziedziczyłam tę magię przyciągania osobliwych postaci w MPK…
Kilka dni temu podróżowałam tramwajem pierwszy raz od kilku lat z Rodzicielką. Nasza szynowa limuzyna nie była zatłoczona. Rodzicielka znalazła miejsce siedzące a ja stanęłam przy niej. Z torby wyjęła książkę a ja gazetę. Nie zwróciłyśmy uwagi na „gentlemena”  zajmującego miejsce przed Rodzicielką. Pogrążyłyśmy się w lekturach.
W pewnym momencie pan siedzący przed mamą odwrócił się do niej bokiem. Jakby wyczekiwał… Zerkam na szanownego pana i włącza mi się żółta lampka. Nie chcę oceniać ludzi po wyglądzie, ale czasem inaczej się nie da…
I doczekałam się…
-Teee! – taką formę „podrywu” mojej własnej rodzonej Rodzicielki prezentuje gentleman.
Mama nie reaguje. Ja zerkam na pana znad gazety. Bardzo jestem ciekawa rozwoju sytuacji.-Teee! Mówię do ciebie! Słyszysz?
-Słucham pana- nadzwyczaj spokojnie odpowiada mu na pytanie.
-Co czytasz?
-Książkę.
-Taka oczytana jest niby. Cholera jasna!
Rodzicielka zachowuje jeszcze spokój, ale ja chowam gazetę i wolę być czujna. Dłuższa cisza. Pan jakby analizował sytuację. Już nawet podejmuję decyzję o wyjęciu z powrotem gazety, kiedy…
Nagle! Trąca jej książkę!
-Panie, no co pan?! Zajmij się pan sobą a nie ludzi zaczepiasz- wtrącam się, bo sytuacja zaczyna być nerwowa.
Rodzicielka jeszcze się nie odzywa. To wcale nie oznacza niczego dobrego. To oznacza tyle, że buzują w niej emocje i to te złe. Niedobrze. Niedobrze… Oj, NIEDOBRZE.
Znów chwila ciszy i spokoju…
Znów to robi! Trąca Rodzicielce tak książkę, że wypada jej z rąk. Podnoszę jej zgubę. Jestem zrezygnowana. Nie mam dobrych przeczuć, oj nie mam…
-Mamo, chodź, wysiądziemy, bo to nie ma sensu. Proszę cię.
-Nigdzie nie będę wysiadać. Chcę dojechać do domu i nikt mi w tym nie przeszkodzi.
Cała Rodzicielka. Znów mnie nie zaskoczyła.
Tramwaj milczy. Wszyscy udają, że nic nie widzą, że nic się nie dzieje. Nic nowego…
Mama znów otwiera książkę. I znów to samo.
Spogląda na człowieka wzrokiem pełnym złości. Znam ją i wiem, że jest o u kresu wytrzymałości.
-Mamo, ja cię tylko bardzo proszę, mamo… Chodź wysiądziemy, bo to się źle skończy.
– Ostrzegam pana- odpowiada najspokojniej w świecie Rodzicielka.
-Ostrzega mnie!- „uprzejmy” pan wybucha śmiechem.
Teraz to już i ja się zagotowałam.
-Jeszcze jak mu cholera jasna wesoło! Taki radosny człowiek nam się trafił! A państwu nie jest do śmiechu?- zwracam się w otchłań tramwaju- Nie bawi państwa taka scenka? Bo tego pana bawi niezmiernie!- Oczywiście odpowiada mi cisza. NIKT nie odezwie się choćby słowem. A po co? Jeszcze oberwą nożem pomiędzy żebra. Boją się. To normalne. Pewnie też bym się bała.

Na szczęście dojeżdżamy już na miejsce. Rodzicielka podnosi się z miejsca. Za nią podnosi się nasz współpasażer.
Matko kochana, tylko nie to… Widzę, że mama robi się czerwona na twarzy. Chyba drugi raz w życiu widzę ją tak wściekłą.
-Mamusia, ja cię błagam, spokojnie.
Biorę ją pod rękę i ciągnę do drzwi jak szczeniaka, który uczy się chodzić na smyczy. W tej samej chwili „uprzejmy” pan zaczepnie trąca jej torebkę. No i to był jego błąd…
Rodzicielka wyrywa mi się spod mojego ramienia. Zgina rękę, bierze zamach i uderza łokciem zdębiałego człowieka w twarz.
Umarłam.
Już drugi raz w ciągu ostatnich dwóch tygodni… FATALNIE. Ciekawe ile mam żyć… Nie sądzę, aby mi podarowano aż siedem, jak kotom 😛
Otwierają się drzwi tramwaju. To nasz przystanek. Szybko wysiadamy. Aż tulę się w ramionach na myśl tego, co się zaraz wydarzy jeśli on wysiada za nami.
Nie wysiada. Drzwi się zamykają a on zdębiały stoi na środku wagonu.
Piękna akcja!
-Mamo! Rany boskie!

Patrzę na tą kobietę szeroko otwartymi oczami i czekam na wyjaśnienia jak matka czekająca na wyjaśnienia syna, który właśnie pobił kolegę 😛
-Dziecko, przecież wiesz co się ze mną dzieje jak się mnie doprowadza do ostateczności. Ani krzty kultury! Co za czasy!

No teraz już wiem 😛
Muszę sobie szybko sprawić samochód, bo jeszcze jedna taka akcja i znów będę w szpitalu, ale tym razem już na kardiologii 😛

bo koleżanka się martwi ;)

małpkaKiedy leżałam w szpitalu i jeszcze do tej pory odbieram masę telefonów od martwiących się członków rodziny i znajomych bliższych tudzież dalszych.  I z cholernej pracy 👿 Te ostanie już postanowiłam, że nie będą przez okres zwolnienia przeze mnie odbierane. Nikt mi cyrku z mojego zdrowia robić nie będzie.
Wczoraj bardzo nieśmiało zadzwoniła do mnie koleżanka. Bardzo sympatyczna, ale też singielka. Często wyśmiewamy jej próby znalezienia sobie towarzysza życia i moje wszelkie przygody z mężczyznami 😉 Ale wracając do rozmowy. Po wszystkich nieśmiałych i kurtuazyjnych pytaniach, wybadaniu mojego stanu zdrowia psychicznego i fizycznego w końcu zadaje mi pytanie;
-Chomiczku mój, a ten facet co w Ciebie pierdol…*** to powiedz mi- chociaż jakiś fajny był…?
Hahahahahaha! Pokładam się na biurku! Tylko ona mogła mi zadać takie pytanie 😀
-Ja cię proszę! Ja się śmiać nie mogę jeszcze za bardzo, bo mnie żebra pobolewają!
-Chomiczku, to jest bardzo istotne pytanie, bo nic się nie dzieje bez przyczyny i ja tak sobie od tych kilku dni myślę o tobie i może właśnie to wszystko było po to, żebyś ty sobie kochana życie ułożyła- mówi z prawdziwą troską i aż mnie rozczula.
-Kochana, muszę cię bardzo rozczarować, ale facet z tego, co go widziałam przez może 10 sekund to niestety porażka…
-Ojej… Ale naprawdę nic a nic…?
-NIC. Takie nieszczęście bez zęba na przodzie, w ubranku robotnika. No niestety.
-Chomiczku, to FATALNIE! Ty wsiadaj w samochód i próbuj JESZCZE RAZ!

Najpierw to ja muszę skombinować drugi samochód… Ale  i tak nie wiem, czy nawet dla dobra wyższego będę go kasować 😉

P.S. Rozmawiam z koleżanką dzisiaj przez telefon (ta od nieudanej randki :-P) i mówię jej, że muszę kończyć rozmowę, bo późno się robi a ja muszę jeszcze wykonać telefon do tego człowieka, co we mnie wjechał.
-Chomikowa! Właśnie, właśnie! A fajny jakiś był? Bo to bardzo ważne jest!

Aaaa! Nie wierzę!  Nie jest!
Mam wrażenie, że wszyscy naokoło mnie odczuwają większą desperację z tej mojej samotności, niż ja sama… 😛 Aż się boję, że teraz będą mi kazali wjechać pod pociąg, bo tam więcej pasażerów jest i więcej możliwości 😛

słodkie idiotki mają lepiej

Przez ostatnie lata bardzo uważnie obserwowałam relacje międzyludzkie i ich efekty. Badałam też siebie, to jak mnie postrzegają ludzie i jak moje zachowanie wpływa na postępowanie innych. Patrzyłam, kodowałam i wyciągałam wnioski. Kreatywnie. Z premedytacją. Kobieta- kobiecie jeśli nie czuje się z nią prawdziwą przyjaciółką, to najczęściej będzie wilkiem. Prawie zawsze jak obserwuję dialog dwóch kobiet (najczęściej w pracy), to mam wrażenie, że obie uważają tą drugą za idiotkę. Niby są dla siebie miłe, niby próbują się porozumieć, ale… Ale nie za często są to szczere intencje. A już nie daj Boże jak obie są młode i ładne! Puszą swe wytapirowane włoski, prostują piersi, wachlują rzęsami jakby chciały się nawzajem tymi rzęsistkami zwiać. I szczebiocą. Słodkim głosem szczebiocą jak dwie gołąbeczki, które mają się zaraz na siebie rzucić i stoczyć walkę o gałąź.

Mężczyzna- mężczyźnie z reguły rzeczowo przedstawia swoje racje. Wymieniają się argumentami, dopóty, dopóki któreś z nich nie odejdzie z podkulonym ogonem pokonanego lub nie rzuci się na przeciwnika z pięściami 😉 Oczywiście zdarza się, że obaj mężczyźni mają klasę i w przypadku nierozegranego meczu racji, z uśmiechem i podaniem sobie dłoni zejdą z ringu. W/w zjawisko u kobiet jest niezwykle rzadkie 😛 Obie będą się przekrzykiwać, póki druga nie odpuści lub nie rzuci się z pazurami na przeciwniczkę.

Kobieta- mężczyzna. W tej sytuacji mamy do czynienia z niezwykłą GRĄ. Fascynującą grą 🙂 Młoda kobieta ZAWSZE będzie chciała wypaść przy mężczyźnie dobrze. Ba! Doskonale a nie dobrze. Będzie się prostować, uśmiechać, szczebiotać i stosować wszystkie inne znane kobiecie „chwyty” spodobania się. A po co ma się podobać? No jak to po co? Każda kobieta chce się podobać, ZAWSZE i WSZĘDZIE. Nawet w łóżku, kiedy śpi. Bo czasem nawet nie śpi, tylko CZUWA 😉 Jeszcze ciekawiej wygląda rozmowa kobiety z mężczyzną, gdy zaczyna się ona przeradzać we FLIRT. Wszystkie flirty są do siebie niejako podobne. Mają w sobie sporą dozę seksualności. Uwielbiam tę magię flirtu- nie tylko brać w nim udział, ale obserwować flirtujące ze sobą pary 🙂 Niestety bardzo często (zdecydowanie za często) widzę, co robią ze sobą podczas flirtu kobiety. Wychodzą z nich te słodkie idiotki. Jest to moment, kiedy już nie chce mi się patrzeć na to, co ta kobieta ze sobą wyprawia. Zaczyna zbyt głośno się śmiać. Bawi ją każde mało zabawne słowo partnera od flirtu. Przewraca oczkami, ton głosu robi jej się tak słodki, że odechciewa mi się wszelkich słodyczy na najbliższe dni. Co ma swoje plusy oczywiście 😉 Partnera już nie dotyka tak niby przypadkowo, tylko na nim WISI. Zgina nóżkę na niemiłosiernie wielkim obcasie i znów uwiesza się na facecie. Wygaduje przy tym jakieś kompletne bzdury. Jest po prostu ŻAŁOSNA i niesmaczna. A co na to jej flirtujący partner? Wchodzi w to (dosłownie i w przenośni 😛 ). Nie jestem w stanie stwierdzić, czy ona ma w sobie taką siłę przyciągania, że ten facet idzie za nią jak osiołek za marchewką, czy facetowi coś świat przesłoniło (wielki biust na przykład). I to nie jest tak, że oni spędzą ze sobą tylko najbliższą upojną noc. Oni wezmą ślub. A za chwilę urodzą się im Dajanki, Feliksy, Nataszki tudzież Xawierki… Słodka idiotka cel osiągnęła. I na pewno nie będzie jej w życiu źle. Ma w sobie tyle „uroku osobistego”, że urobi nie jednego faceta. I co z tego, że na chwilę? Na kilka lat? Później znajdzie następnego. Nieistotne. Nie chodzi zresztą tylko o małżeństwo i ten najzwyklejszy cel przedłużenia gatunku. Słodkie idiotki często chcą coś osiągnąć na chwilę. Przykładowo chcą mieć kolejnego drinka. Naszczebioczą się, nawymachują rzęskami i drinka mają.
Okej. Skoro ten świat tak jest ułożony, to ja muszę od czasu do czasu nauczyć się w nim funkcjonować. Ile razy próbowałam cokolwiek załatwić z mężczyzną tak „normalnie’? Prowadząc normalną, miłą i rzeczową rozmowę? Wystarczającą ilość razy, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że tym sposobem to nie za często uda mi się cokolwiek osiągnąć. Zaczęłam wchodzić w rolę słodkiej idiotki. Już nawet nie wiem kiedy był mój pierwszy raz. Co wiem na pewno, to to, że byłam w szoku, że robiąc z siebie kompletną kretynkę bardzo ułatwiłam sobie sprawę. Później było niedozwolone przejście przez jezdnię. Późnym wieczorem. Na pustej ulicy. Nie rozejrzałam się nawet czy nie ma kogoś ze straży miejskiej. Jak można się domyślić czujnym okiem dostrzegli moje przestępstwo 😛
-Proszę pani, pani w niedozwolonym miejscu przeszła przez jednię- oznajmia mi funkcjonariusz.
-Ja? – dopiero się ocknęłam, że to faktycznie jest jezdnia i faktycznie idę jak to ciele, ale no LITOŚCI. Patrzę na panów. Badam ich. Badam ich poziom podatności na słodką idiotkę (oczywiście są rozsądni panowie, którzy stronią od tego typu kobiet i choćby nie wiadomo jak się kobieta nawyginała, to nic z nimi nie ugra). Dostrzegam pierwszy uśmiech i MAM ICH. Rozpoczynam grę.
– Widzą panowie jaka ze mnie głupiutka istotka? Kompletnie się zamyśliłam. KOMPLETNIE! Panowie rozkosznie się zaśmiewają. Trochę to przykre.
-A jakby coś jechało, to taka wspaniała kobieta nie daj Boże zostałaby potrącona przez samochód i byłoby nieszczęście.
-A panowie tak cudnie dbają o bezpieczeństwo nas- kobiet! Boże! Co ja bym bez panów zrobiła? Panowie w sumie to mi życie uratowali! Ja nawet nie wiem jak się mam panom odwdzięczyć! Bo chyba panowie mnie nie zakują w kajdanki, prawda?- i głębokie spojrzenie w oczy wraz z trzepotem rzęsisk.
LITOŚCI!!!
-Oj, nie proszę pani- co najwyżej mandat możemy pani dać- i dalej rozkosznie się uśmiechają. Już nawet zaczynają się śmiać!
-Panowie życie mi uratowali i mandat chcą mi dać? Anioły mandatów przecież nie dają, prawda?- już nawet biorę ich na nieśmiały dotyk. I sama się zastanawiam skąd się u mnie w głowie biorą takie teksty…
-Wyjątkowo nie damy, ale niech pani już przepisów przestrzega i ostrożnie dociera do domu.
-No mówię, że z panów to ANIOŁY! Ile ja mam szczęścia, że panów spotkałam! Całą masę!

Nie wierzę… 😛

Jakiś czas temu potrzebowałam na cito wymienić tylną wycieraczkę w autku (tak- to był czas, kiedy miałam jeszcze autko…).  Spieszyłam się na koncert i nie za bardzo miałam czas bawić się w wymianę wycieraczki, której jeszcze nie wymieniałam. Wpadam z rozwianym włosem do magazynu serwisu samochodowego i wzrokiem szukam doradcy którego już urobiłam rok temu. Pana Pawła brak. Niedobrze. Grzecznie czekam w kolejce. Czekam. Czekam. Długo czekam, cholera jasna!
-Słucham panią?- oj pan coś nie wygląda mi na sympatycznego. Trudno.
-Proszę pana, potrzebuję tylną wycieraczkę do Kia.
-Całą?
-No najlepiej całą bla bla bla- bacznie obserwuję reakcje szanownego doradcy na moją paplaninę. Pozwalam sobie troszkę zażartować i czekam na reakcję.
Uśmiecha się! GIT!
-To pani potrzebuje tylko pióra i ewentualnie zatyczki.
-No nie wiem…- mówię już takim słodkim bezradnym głosikiem. Tak cholernie mi się dzisiaj nie chce walczyć z tą wycieraczką. Przyszywanego Ojca też nie chcę po raz kolejny prosić o pomoc w czymkolwiek.
-To pójdziemy do samochodu i zobaczymy co da się zrobić.
Idziemy! Jak idziemy, to już mam sprawę załatwioną 🙂
Pan mi dobiera pióro, zatyczki i coś tam jeszcze za jakieś grosze 🙂
-Pani płaci tylko za części, czy też za założenie?
-No jakoś sobie poradzę z założeniem- kurdę…- To chyba nie jest aż tak skomplikowane, prawda?- I spojrzenie numer sześć 😛
-Pani pójdzie do kasy zapłacić i spotkamy się przy pani aucie.
YES! YES! YES!
Pan dzielnie zmienia mi pióro, zatyczki i nie wiadomo co tam jeszcze.
-Ojej! Panu to doskonale idzie! Jestem pod wrażeniem! Mnie by to tak sprawnie na pewno nie poszło!- szczebioczę i oczywiście co robię?-Tak!- macham rzęsami! ;-P
Będziesz się Chomikowa w piekle smażyć…

-O! Wycieraczkę sobie wreszcie zrobiłaś! Sama?- zagaduję mało mądrze Przyszywany Ojciec.
-Radzę sobie, dziękuję.
😛

Dwa dni później auto skasowałam 😛
Ale wracając do słodkich idiotek, to wchodzenie w tą grę bywa zabawne. „Bywa”- podkreślam 😛 Bo ile razy można robić przedstawienie? Aktorką Hollywood nie jestem, więc dajcie mi żyć normalnie. Tylko czy normalne życie normalnej kobiety jest możliwe…?

spowodowałam wypadek…

wypMimo tej pechowej daty w kalendarzu to był całkiem dobry dzień. W pracy nadal wykonywałam obowiązki poza moją siedzibą, więc nie miałam tej wątpliwej przyjemności widzieć się z Kłapouchym. W drugiej pracy dowiedziałam się, że dziewczynka, z którą od pół roku pracowałam, zrobiła tak duże postępy w nauce, że zostanie wyróżniona. Bardzo się ucieszyłam, bo właśnie taki sobie wyznaczyłam cel. Na wieczór została mi wizyta u mechanika samochodowego. Pierwszy jechał Przyszywany Ojciec. Nigdy nie lubiłam jechać za kimś, ale jemu ufałam, bo zawsze o mnie pamiętał i prowadził tak, żebym moim Pędzidełkiem za nim nadążyła.

Myślę o tym jak lubię prowadzić samochód, o drugiej pracy i o planach mojego wyjazdu do Trójmiasta. Skręt w lewo. Na środku jezdni stoi ciężarówka, która zasłoniła mi cały widok, ale skoro Przyszywany Ojciec przejechał, to jak zawsze ja za nim też zdążę… Nie upewniłam się, nie spojrzałam jak zawsze 5 razy, nie zadbałam o siebie i o swoje życie… On wbrew przepisom jechał za szybko…

Pamiętam każdą sekundę i każdy dźwięk. Pisk opon, granatowy jeep uderzający w moje autko i ja całkiem bezwładna. Tylko jedna wielka siła targająca moim ciałem… I moje ręce probujące powstrzymać drzwi przed zgnieceniem mojego tułowia i głowy. Głupie. Ale o tym się nie myśli. To odruchy bezwarunkowe chroniące najdelikatniejsze elementy organizmu. Natychmiast odpinam pasy i próbuję otworzyć drzwi. Ale boję się wysiąść. Nie mogę oddychać. Cholernie trzeźwo myślę. Wiem, że skoro mam problemy z oddychaniem, to mogę mieć uszkodzony kręgosłup lub żebra. Wiem, że nie powinnam wysiadać, ale nie chcę tym w tym zgniecionym pudełku zostać. Dobiegają do mnie jacyś mężczyźni. Każdy boi się mnie dotknąć. Słyszę jak ktoś wzywa Policję i Pogotowie. Dochodzi do mnie w końcu Przyszywany Ojciec. Stanowczym głosem każe mi wysiąść z samochodu. Trochę się boję, ale może on widzi coś, czego ja nie widzę i będzie lepiej jak spróbuję z tej puszki wyjść. Jestem w stanie doczołgać się do drugiego samochodu.
Pogotowie przyjeżdża w ciągu niecałych 5 minut. Jestem pod wrażeniem. Policja zaraz za nimi. Zakładają mi kołnierz, pytają czy mogę się ruszać i co mnie boli. Pobolewa mnie wszystko, ale nie ma tragedii. Tylko ten oddech…
Wszyscy są dla mnie mili. Nikt mnie nie karci za to, że to ja spowodowałam wypadek. Policja każe mi dmuchnąć w alkomat a ja przecież nie daję rady… Czułe mają sprzęciska, skoro przy tak marnym wydechu odczytują, że jestem trzeźwa. W karetce zagaduje mnie ratownik. Niesamowicie miły człowiek. Wdaję się w nim rozmowę, żeby się uspokoić, bo trzęsę się niemiłosiernie. Chcę, żeby do mnie mówił. Nie chcę być sama, nie chcę ciszy.
Na Izbie Przyjęć przychodzi do mnie Policja. Leżę na kozetce lekarskiej w kołnierzu, ledwo oddycham. Nawet się cieszę, że ktokolwiek żywy do mnie podchodzi, bo nie chcę być sama. Ledwo podpisuję mandat. Dostaję najmniejszy z możliwych. Miło z ich strony… Poklepują mnie po ręku. Mówią, że będzie dobrze i wychodzą. Znów zostaję sama. Tak bardzo chcę mieć zrobione prześwietlenie. Chcę wiedzieć, czy nie mam wstrząsu mózgu, czy nie mam połamanych żeber. Karcę siebie. Mam za swoje. Zasłużyłam na to. Wszystko to tylko moja wina. Jestem cholernie beznadziejna, tak samo jak całe moje życie. Ciągle tylko na siebie uważam, unikam wszelkich niebezpieczeństw, jestem ciągle ostrożna, ubieram się ciepło, smaruję kremem z filtrem, chodzę do lekarza, unikam niebezpiecznych sportów i powoduję wypadek samochodowy…
Nagle podchodzi do mnie Rodzicielka. To nie jest Rodzicielka. To cień człowieka. Nawet nie cień… Tak bardzo mi jej szkoda.
-Przepraszam cię, mamo. To moja wina, ale się nie martw. Przecież żyję.

W końcu robią mi pakiet badań. Na tomografii nie widać żadnych zmian w głowie. Tak się cieszę. Żeber też nie mam połamanych. Zostanę w szpitalu jakiś tydzień, ale nic bardzo poważnego mi nie jest.
Kiedy już pozwalają mi usiąść dostrzegam chłopaka po innym wypadku samochodowym. Jest w ciężkim stanie. Wybuchła mu poduszka powietrzna. Ma obandażowaną głowę, spuchniętą twarz tak mocno, że nie mogę dostrzec jego oczu… Obok jego leżanki stoi jego siostra i mama. Obie płaczą. To ich jest mi najbardziej szkoda. To one przeżywają rozpacz. A ja? Ja mam tylko dużo szczęścia.

Następnego ranka dzwonię do mojej N.odwołać grilla, którego miałyśmy w końcu u mnie zrobić. „Kochana, nawet nie wiesz jak dobrze móc Cię jeszcze uslyszeć.” Ledwo powstrzymuję łzy. Skoro żyję, to dobrze móc być z bliskimi…

Czy coś mnie to nauczyło…? Nie będę prowadzić samochodu ostrożniej, niż prowadziłam do tej pory. Czy to, że żyję miało mi coś pokazać? Chyba to, że mam szansę na poprawę 😉 Ale ja nie zmienię swojego życia. Nie robię ludziom krzywdy, nie oszukuję nikogo, nie robię nikomu na złość, jak mogę to pomagam. Nic nie zmienię. Mam docenić to, że żyję? Żyję, ale dla kogo i po co? Żyję dla Życia. Tylko.
A może AŻ…

cudnie, że nie tylko ja trafiam w pudło ;)

nieudana-randkaJakiś czas temu wybrałam się z moimi dziewczynami na jednodniową wycieczkę. Dużo czasu na opowieści, wyśmianie życia i określenie planów na przyszłość bliższą lub dalszą.
Oczywiście musiał się również pojawić temat prób odnalezienie swojej miłości.
-Z kim ty tak ostatnio pisałaś te smsy, że nie można się było z tobą skontaktować? Opowiadaj kochana!- jak zwykle moja ciekawość bierze górę 😉
-A daj spokój. Umówiłam się z takim jednym, ale to była kompletna porażka.
-Ale CZEMU?- wnikam w temat, bo wiem, że koleżanka należy do bardziej wybrednych kobiet, niż ja, więc chcę wiedzieć czemu kolejny facet okazał się niewypałem.
Tak zaczyna się opowieść samotnej kobiety, która stara się znaleźć człowieka, z którym mogłaby ułożyć sobie życie i kupić w końcu swoje wymarzone mieszkanie z dala od rodziców.
” Szłam po chrześniaka do szkoły. Pod szkołą zbiórkę miała akurat jakaś klasa a on był jej wychowawcą. Zgadaliśmy się i umówiliśmy na kawę .* Wczoraj spotkaliśmy się w tej mojej ulubionej kawiarni. Wiecie, nawet fajnie było- wesoło. Przyszedł zadbany, wyszykowany. Mówię wam, że naprawdę było fajnie! Gadaliśmy ponad 3 godziny i poszliśmy na spacer do parku. W trakcie randki zadzwoniły do mnie moje dziewczyny z pracy.** No chciały się ze mną spotkać akurat tego wieczoru. Facet słyszał rozmowę, więc zaproponował, żebyśmy się wszyscy spotkali na jakieś piwo.***
I oczywiście jedno, piwo, drugie… On się zaczął robić odrobinę nachalny i widząc, że nie jestem aż tak pozytywnie nastawiona na jego gesty, zajął się Magdą. Z knajpy wyszli razem. Ot, TYLE.”

Wybucham śmiechem.
Zła reakcja, bo koleżanka od nieszczęśliwej randki karci mnie wzrokiem. Co ja na to poradzę, że już tak mam i wybucham śmiechem wtedy, kiedy nie powinnam?!
-Chomikowa, to NIE JEST ŚMIESZNE!- nadal mnie karci.
-Wiem mała, wiem… Ale ja nawet nie jestem zaskoczona! Bawi mnie to, że takie rzeczy nadal się zdarzają i to, że na szczęście nie ja jedna przeżyłam randki z koszmaru.
-Ja bardzo dziękuję za takie randki. Ile może być niepowodzeń???-widzę, że zaczyna ją ogarniać  lekka frustracja.
-Mała, a która to twoja randka po tym całym nieszczęsnym Radku?**** Trzecia? Czwarta? Wybacz, ale doświadczenie w nieudanych randkach dopiero zbierasz i wierz mi, że może być gorzej. A poza tym lepiej, że ten facet okazał się debilem już teraz, niż za rok lub dwa, prawda?
-No prawda, prawda.

Z tej całej opowieści znalazłam dla siebie JEDNO duże pocieszenie- nie tylko ja przyciągam
a) nieudaczników życiowych
b) rasowych dupków

———————————————————————————————————

*zaskoczona jestem niemiłosiernie, że ta dziewczyna wychwyciła jakiegoś gościa ot tak- po prostu
**pytanie: kto odbiera na randce telefony od znajomych…
*** WTF????
**** facet mamił ją i kręcił przez prawie 5 lat. Dziewczę się ogarnęło dopiero wtedy, jak kretyn powiedział jej, że bierze ślub (nie z nią oczywiście)

(nie)kulturalne szkolenie

im_oferta_szkoleniaW tym tygodniu zafundowałam sobie pełną rozpustę pod postacią urlopu wypoczynkowego podczas którego uczestniczę w kursie. Zgadza się- urlopu WYPOCZYNKOWEGO. Kłapouchy (żeby nie napisać oślica), czyli moja przełożona nie wyraziła zgody na udzielnie mi urlopu szkoleniowego, podczas którego miałam się uczyć stricte tego, czym się zajmuję w pracy, więc co by mieć zabezpieczenie na przyszłość i pewność, że swoją pracę wykonuję dobrze, zapisałam się na tygodniowy kurs. Absurd. Ale ja nie o tym 😉

W swoim niespecjalnie długim życiu miałam okazję uczestniczyć już w studiach podyplomowych i w niejednym kursie. Idealnie nie było nigdy, ale nie zawsze z powodu osoby prowadzącej. Bo nawet, kiedy osoba prowadząca kurs będzie rewelacyjnie przygotowana, otwarta, miła, dowcipna a zarazem konkretna, to ZAWSZE znajdzie się jakaś niezwykle mądra osoba, które szkolenie czy kurs będzie systematycznie zakłócać… Niestety doświadczenie pokazuje mi, że prowadzenie choćby najbardziej udanego szkolenia będzie utrudniać wyszczekana… kobieta. Kobieta taka przyszła na taki kurs z reguły wysłana przez przełożonego i chce ponad wszystko udowodnić, że to całe szkolenie jest absolutnie nie dla niej, bo ONA WIE WSZYSTKO NAJLEPIEJ. Lepiej nawet od prowadzącego, który z reguły ma doświadczenie 5 razy większe od niej i praktykę w prowadzeniu szkoleń. Pani Mądralińska będzie przerywać prowadzącemu w mówieniu, będzie się z nim wdawać w dyskusje, podawać absurdalne przykłady z jej życia zawodowego „idealnie” pasujące to aktualnie podejmowanego tematu wprawiając tym wszystkim zarówno uczestników kursu jak i prowadzącego w zniecierpliwienie i zniechęcenie.
Nie inaczej jest i na moim aktualnym kursie. Różnica jest jedynie taka, że kobieta na kurs wybrała się sama z własnej nieprzymuszonej woli, aby wiedzieć jak może rozwijać gospodarstwo rolne jej rodziców (sic!) Już po pierwszych 3 minutach spotkania Pani Mądralińska wdaje się w dyskusję z Prowadzącym, który mówi że należy do „eurosceptyków”
-Proszę państwa, za dużo „wałków” się naoglądałem w tym kraju, żeby wierzyć, że coś w tym kraju ma jakiś prawdziwy sens. W tym kraju nic nie jest uczciwie prowadzone od A do Z. Nawet na funduszach unijnych Polak potrafi nałapać pieniądze tylko do swojej kieszeni. Nie na tym rzecz ma polegać.
-Ale ja się z panem nie zgadzam!- już się wtrąca Pani Mądralińska- tutaj po prostu trzeba umieć korzystać tak ze wszystkich środków, żeby prywatnie też zarobić! Taki kraj a my musimy się nauczyć w nim żyć.
Zabiła mnie. Dwoma zdaniami mnie zabiła.
Widzę, że Prowadzący jest lekko zmieszany, ale rozmowę próbuje kontynuować. Kobieta- jak to ma z zwyczaju Pani Wszystkowiedząca podnosi głos i robi się gorąca dyskusja. Na szczęście facet jak to facet, w takich sytuacjach ma więcej rozsądku i kończy bezsensowną wymianę zdań.
I właśnie na tej zasadzie przebiega cały kurs. Jak naprawdę nie mam się do czego przyczepić, bo grupa jest mała, Prowadzący jest naprawdę świetnym człowiekiem- konkretnym, dowcipnym i otwartym na pytania kursantów, tak Mądralińska zakłóca spotkania jak tylko może.
-Ale ja się nie zgadzam!
-Ale ja bym się tutaj wtrąciła…
-Ale ja powiem tak…
-Ale pan nie ma racji…
-Ja bym tutaj jednak dodała…
-Ja tylko dopowiem…
Na ten moment (drugi dzień kursu) ograniczam się do głośnych westchnień i porozumiewawczych spojrzeń z innymi uczestnikami spotkań i Prowadzącym. Myślę jednak, że kobiecie powinno się buziuchnę zamknąć i wysłać z powrotem na gospodarstwo rolne jej rodziców. Niech tam się wyszczeka i nabierze pod czujnym okiem matki i ojca jakiejś ogłady.
Ciekawe jak ona funkcjonuje w domu z mężem ( jakimś cudem JESZCZE ma męża) i dzieckiem… Ja bym z taką jadaczką długo nie wytrzymała. Wszystko wie najlepiej, musi mieć zawsze ostatnie zdanie. Zresztą jej dom to nie mój cyrk i nie moje małpy.
Nie wiem czy nie stracę cierpliwości… Albo czy w końcu Prowadzący nie straci cierpliwości, bo jak do tej pory, rozmowy stara się kończyć kulturalnie.
Właśnie- bo wszyscy pozostali są na to wszystko zbyt KULTURALNI…

„zapraszam do siebie na kawę”

kawa czyNasza polska gościnność ma to do siebie, że często zapraszamy kogoś bardziej lub mniej znajomego do siebie w swoje własne wychuchane cztery kąty. Szykujemy herbatę, kawę, ciasta, ciasteczka, drinki, drineczki tylko po to, aby nasz gość czuł się u nas w domu jak u siebie. I żeby oczywiście wizytę wspominał długo. A najlepiej żeby czuł jeszcze odrobinę zazdrości odnośnie lepszego jedzenia, lepszej jakości drinków czy w ogóle lepszego wszystkiego, bo leży to w naturze Polaka, że chce mieć lepiej, niż inny 😉
Sprawa ma się zupełnie inaczej, kiedy zaproszenie do mieszkania na przysłowiową kawę lub herbatę może być odebrane dwuznacznie…

W ciągu ostatnich dni z kolegą z innego działu zostałam oddelegowana do pracy w innym oddziale naszego zakładu. Wiąże się to ze służbowymi wyjazdami poza miasto. Umówiliśmy się, że startować będziemy spod mojego domu i dojeżdżać będziemy jednym samochodem. Osobą jestem towarzyską, kolegę lubię, więc wypadałoby chłopaka po skończonej całodniowej robocie zaprosić choćby na chwilę do siebie na kawę czy tam herbatę. WYPADAŁOBY, ale… Ale doświadczenie mi zaraz pozapalało wszystkie awaryjne lampki, przypominając że tego typu zaproszenia różnie się kończą…
Jeszcze jako niezbyt zorientowane w życiu dziewczę spotykałam się dość niezobowiązująco z pewnym panem. Zaproszenie na herbatę do mieszkania odebrałam dość swobodnie…
Oj, jak ja się nagimnastykowałam! „Ale że miała być herbata”, „Ale ja alkohol bardzo dziękuję, chcesz mnie spić?”, „Sypialnia?! Ale mnie jest bardzo dobrze w salonie i nie, nie lubię na podłodze”, „Oczywiście, że się wymiguję i nie, nie ćwiczyłam akrobatyki, to moja niechęć do łóżka dzisiejszego wieczoru rozbudza we mnie umiejętność takiego wyginania się” 😛 Tak, było to bardzo męczące 😛
Od tego momentu, jeśli chodzi o zaproszenia na kawę, herbatę, czy jakiekolwiek inne ciasteczka, stałam się kobietą bardzo CZUJNĄ na polską gościnność. Ale jak pokazywały moje kolejne lata spotkań z mężczyznami, czujną niewystarczająco… Wspominałam już o znajomym, którego zostawiłam w salonie na chwilę samego a po powrocie z kuchni zastałam gościa nagiego na moim łóżku. Taaa. „No, ale miała być herbata”, „Nie rób sobie jaj i się ubierz”, „Wbrew pozorom nie mam zamiaru iść dzisiaj z tobą do łóżka”, „Nie, wcale ze sobą nie walczę, ja w ogóle żyję w zgodzie ze sobą”, „Ubierz się do cholery!”
Ktoś wcale nieproszony też u mnie „gościł”. U Rodzicielki i Przyszywanego Ojca odbywał się grill z jakimiś dziwnymi znajomymi. W grillu oczywiście ja też uczestniczyłam (czego jak czego ale grilla sobie nie odmawiam 😉 ). Gośćmi była jedno młode małżeństwo. On zachowywał się bardzo podejrzanie, głośno, za bardzo zwracał na siebie uwagę, atakował mnie jakimiś aluzjami, za nic mając swoją młodą małżonkę obok. Uznałam, że cała impreza zrobiła się cholernie niesmaczna i udałam się na swoje pokoje szukając świętego spokoju. Po jakimś czasie usłyszałam kroki po schodach prowadzących na moje piętro. Robię się sztywna sama w sobie. „Z całym szacunkiem, ale ja ciebie tutaj nie zapraszałam”, „Ale ja cię proszę, nie próbuj mnie dotykać”, „Nie, nie zabawię się. Wyrosłam z zabawek 20 lat temu”, „Żona ciebie czeka na dole. Jak to nie czeka?! POJECHAŁA?!”, „Idź już i nie pij więcej”, „Masz natychmiast stąd wyjść! Nie chcę cię tu widzieć!”. Awantura. „Nie chcę tego faceta już NIGDY więcej pod moim dachem! Co jak co, ale to jest MÓJ DOM i nie życzę go sobie nigdy więcej pod moim dachem! Rozumiecie?! I nawet nie próbujcie mnie namawiać na jakiegokolwiek grilla, w którym on będzie uczestniczył!” „Nie, nic mi nie zrobił, ale dużo nie brakowało! Pod moim dachem!”.
Nigdy później go nie widziałam. Żona od niego odeszła. No chwała.
Po tych kilku przygodach moja czujność wzrosła do poziomu czujności młodej sarny biegającej rano po leśnej łące. Nic więc dziwnego, że kilka lat później, kiedy umówiłam się na wycieczkę za miasto z pewnym człowiekiem (start wycieczki spod jego bloku), to przybyłam na spotkanie odrobinę po czasie, żeby mieć pewność, że będzie czekał na mnie już w samochodzie i na spokojnie ruszymy w drogę. Oczywiście, że spotkałam go siedzącego w samochodzie, ale z zakupami, które właśnie jeszcze musi zanieść do domu. Siet. „To ja poczekam na ciebie tutaj na dole”. „Nie, nie ma żadnego problemu”. „O matko jak ty wysoko mieszkasz…” Otwiera mi drzwi do mieszkania a ja jestem kompletnie spanikowana… Nie chcę tego wszystkiego psuć. To wszystko się kupy nie trzyma. Żeby się tylko chłopak nie rozsiadał… Stoję w przedpokoju i ani drgnę choćby centymetr dalej. Chcę wyjść i pojechać na tą cholerną wycieczkę. On się krząta po mieszkaniu.
-Zwariowałaś? Nie stój tak w przedpokoju, bo się czuję jak niegościnny Polak.
-Ależ mnie jest tu BARDZO DOBRZE, zresztą przecież wychodzimy już, prawda?
-A nie chciałabyś dobrej porannej kawy?
No kawy w przedpokoju jeszcze nie piłam… Zresztą to jest śliczny przedpokój. Jest mi tu rewelacyjnie. Macam drzwi za sobą. Są w dobrej odległości. Jak coś, to może uda mi się wybiec, ale na pewno poleję się tą gorącą kawą. Trudno, plamy z kawy schodzą lepiej, niż plamy z życiorysu. Kurczowo trzymam torebkę i nadal nie chcę wchodzić ani metr dalej. Rozglądam się w panice szukając tej cholernej sypialni. Jest dość daleko, więc ten przedpokój jest BARDZO bezpiecznym miejscem w tym mieszkaniu.
-Chodź, zobacz jakie mam płytki w kuchni. Bardzo jestem z nich dumny, bo cholernie długo ich szukałem. Zobacz czy ci się podobają.
Chce mnie złapać na płytki?! A co mnie płytki obchodzą? Matko kochana, jest tyle różnych rodzajów płytek do kuchni a on akurat teraz musiał sobie kupić i to NOWE? I muszę przejść koło SYPIALNI! No czemu, czemu? Kto wymyślił, żeby sypialnia była koło kuchni? Jak można spać koło zapachów kuchennych?! I drzwi wyjściowe są już tak daleko…
Płytki spoko. Już nawet nie pamiętam jakiego były koloru 😛
-Zrobię ci tą kawę, tak? Wypijemy i ruszamy, tak?
-Spoko, kawa i jedziemy. Jedziemy, bo późno już, ok?
I nawet mnie  nie dotknął! NIC! Co prawda to była chyba najszybsza kawa w moim życiu 😛 ale nawet nie próbował mnie dotknąć! Jaka ulga… Gdyby nie ta kawa, to może nawet i by mi ciśnienie troszkę spadło… 😉 Chłopak zdobył moje zaufanie 😉

Pytam się jak w takim razie zaproponować niezobowiązującą kawę koledze z pracy? Chyba jednak będę udawać niekulturalną i nie zaproszę go do siebie, nawet do przedpokoju 😉

Oczywiście sprawy mają się zupełnie inaczej, gdy na kawę czy herbatę bardzo chcę być zaproszona lub ja zapraszam. Czasem można być nawet tak bardzo spragnionym, że się nie dociera do kuchni 😉

dobre rady…

trupDojrzałam do tego, żeby podjąć poważniejsze tematy (a raczej dostałam dzisiaj takiego okurw…, że uznałam dzisiejszy czwartek za DOSKONAŁY dzień do napisania tej notki) przestrzegające przed pewnymi sprawami.
Połowa mojej rodziny pracuje w szpitalach. Mam z tymi placówkami sporo do czynienia i bardzo dużo wiem, co tak naprawdę w tej służbie zdrowia się wyprawia. System (który jest bardziej chory od pacjentów) żyje swoim życiem, ale człowiek reprezentowany przez lekarzy i pielęgniarki to sprawa odrobinę inna i NIKT, powtarzam NIKT na tym świecie nie może zapomnieć, że jest człowiekiem takim samym jak każdy inny- lekarz tym bardziej…
Realia niestety są jakie są i wszyscy dobrze wiemy jak wygląda nasza polska służba zdrowia. Ale nie wszyscy wiemy, co tak naprawdę dzieje się tam w środku i jak powinniśmy działać, kiedy nasze prawa zostaną naruszone, doznamy trwałego uszczerbku na zdrowiu lub co najgorsze- ktoś nam umrze a my jesteśmy przekonani o tym, że to tylko i wyłącznie wynika z zaniedbania szpitala/lekarza.
Dlaczego dzisiaj o tym piszę? Dzisiaj rano zmarł przyjaciel rodziny. Człowiek młody- 55 lat. Zmarł, a mógłby jeszcze spokojnie z 15 lat pofunkcjonować na tym świecie. 3 tygodnie temu wyszedł ze szpitala. Zdiagnozowano u niego kilka chorób. Przepisano lekarstwa i poinformowano o konieczności dalszego leczenia. Okej- no git. Przedwczoraj źle się poczuł. Był cholernie słaby. Miał stan podgorączkowy. Nie chciał jeść ani pić. Jego matka (mieszkał tylko z matką) zaniepokojona wezwała pogotowie. Dyspozytorka oczywiście odmówiła wysłania karetki tłumacząc, że lekarze są wysyłani tylko do udarów i zawałów (WHAT????) i poleciła kierować się do lekarza pierwszego ( i ostatniego) kontaktu. Niestety pacjent nie był w stanie wyjść z łóżka. Matka pobiegła do lekarza a ten odmówił wypisania skierowania do szpitala, bo przecież nie widzi pacjenta. Na pomoc przyjeżdża siostra i ta zaniepokojona fatalnym stanem brata wzywa znów pogotowie. Znów odmowa i polecenie szukania ratunku w „opiece świątecznej”. Przyjeżdża łaskawie lekarka i nawet pacjenta nie dotyka, tylko orientuje się czy ma przepisane lekarstwa. Ma, więc według niej jest super. Nad ranem temperatura wskazuje 40 stopni. Siostra biegnie do lekarza pierwszego kontaktu i ten w końcu łaskawie wypisuje skierowanie do szpitala. Zawożą pacjenta do szpitala. Sepsa. Umiera po kilku godzinach.
Oczywiście, że siostra na własną rękę mogła pacjenta zawieźć do któregoś szpitala i błagać o pomoc. Mogła. Tylko ja z doświadczenie wiem, że szanse na to, że zostałby przyjęty są znikome. Najlepiej opłacane są przyjęcia planowe a poza tym często i tak nie ma wolnego łóżka na Oddziałach Intensywnej Terapii (dobrze, jak w mieście chociaż są ze dwa 5-10 łóżkowe takie oddziały…). Teraz pytanie CO ROBIĆ W TAKICH SYTUACJACH? JAK DOMAGAĆ SIĘ SWOICH PRAW? Przede wszystkim NOTOWAĆ godziny rozmów z dyspozytorem, zapytać o jego nazwisko (same rozmowy są nagrywane, więc w tej kwestii jesteśmy zabezpieczeni). Musimy dokładnie zapisywać stan pacjenta i objawy choroby (podczas śledztwa pewne rzeczy mogą nam umknąć). Poza tym KONIECZNIE musimy znać nazwisko lekarza, który pacjenta przyjmuje a potem nazwisko lekarza, który naszym pacjentem się zajmuje. I teraz NAJWAŻNIEJSZE – mimo tego że po śmierci kogoś bliskiego jest nam cholernie ciężko, kierujemy się emocjami, to NIE WOLNO nam nikogo z personelu szpitala informować o tym, że zamierzamy sprawę skierować do prokuratury (robimy to NATYCHMIAST po zgonie, aby można było wykonać sekcję prokuratorską wyjaśniającą przyczynę śmierci). Wiecie co się dzieje w oddziale szpitala, kiedy ktoś z rodziny grozi sekcją prokuratorską? Lekarze mają sporo czasu na to, aby w dokumentacji pacjenta odpowiednio „namieszać”, czyli wpisać wszystko tak, żeby się zgadzało (a rzadko w takich sytuacjach się zgadza). W innym przypadku- gdy niespodziewanie do szpitala przychodzi nakaz wydania zwłok na sekcję, lekarze mają z reguły bardzo mało czasu na namieszanie w dokumentacji, bo muszą ją wydać wraz z ciałem lub czasem i wcześniej. Później sprawa toczy się już sama. Najważniejsza jest ta dokumentacja, bo wtedy nawet podczas rozprawy w Sądzie specjalista, który będzie się wypowiadał (lekarz- konsultant wojewódzki lub krajowy itp.) nie będzie miał możliwości „chronić” swoich kolegów, którzy przyczynili się do śmierci pacjenta. Bo że ten specjalista na pewno nie będzie mówił prawdy, tylko będzie zeznawał tak, aby lekarz został oczyszczony z zarzutów, jest sprawą oczywistą i jasną jak słońce, które dzisiaj u mnie tak pięknie świeciło.
Nie wiem czy wszystko jest zrozumiałe… Piszę to w niemałych nerwach i złości, więc coś może być niejasne, ale to ewentualnie mogę wyjaśniać w komentarzach.
Od czasu do czasu będę pisała notki o tym jak umierają pacjenci w wyniku zaniedbań szpitala czy personelu.
Ale żeby nie było tak bardzo poważnie, będę umieszczać też wpisy zabawne, bo bywają przyjęcia pacjentów z tak dziwnymi obrażeniami lub schorzeniami, że człowiek obserwujący wszystko z boku, może  mieć ubaw po pachy 😉