sprzedaję Pędzidełko…

źródło:pixabay.com


Nadszedł w końcu ten moment! Prawie dwa lata kombinowania, planowania i zakupiłam sobie nowie wymarzone Pędzidło 🙂 Po autko jechałam specjalnie 300km, ale opłaciło się- jest takie, jak chciałam. Dobra, wystarczy, bo zapeszę i mi się tfu tfu jeszcze gdzieś rozkraczy.
Koleją rzeczy jest, że starego Pędzidła pozbyć się musiałam. Z bólem serca i to niemałym, bo do aut się jakoś przywiązuję utworzyłam ogłoszenia wszelakie o sprzedaży starego, ale w miarę zadbanego małego Pędzidełka, na które przyszedł już czas…

Byłam świadoma, że sprzedaż tego samochodu do łatwych nie będzie należała, bo ludzie boją się przebiegów w okolicach 200.000km (zresztą ja sama wiedząc, że chcę aby auto było ze mną przez kolejne 5 lat wybieram te z przebiegiem nie większym, niż 150.000). Poza tym klimatyzacja była do naprawy. Ale powiedziałam sobie, że więcej już nie włożę w moją skarbonkę, tym bardziej, że jesienią powymieniałam w niej wszystko, co wymienić należy.

Ogłoszenie POSZŁO. Po kilku godzinach pierwsze wiadomości:
-Witam, czy ogłoszenie aktualne?
-Tak, zapraszam.
Cisza.
Kolejne:
-Czy auto jest nadal dostępne?
-Oczywiście, zapraszam.
Cisza.
Mało ZAPRASZAM?
Kolejne następnego dnia:
-Samochód aktualny?
-Jak najbardziej. Zapraszam.
-Poproszę numer telefonu.
-50…….
I cisza.
Hm. Cyferki w telefonie w mało przyjaznej konfiguracji, że zniechęciły?

Przez ponad 3 tygodnie aktywnego ogłoszenia takich zapytań z ciszą miałam chyba 15. Ja nie wiem jak dają radę pracować ludzie w komisach samochodowych. Założę się, że mają podobnych zapytań odnośnie każdego auta wiele. Ja bym po tygodniu pisania „aktualne, zapraszam” chyba zwariowała.
 
Po tygodniu wiadomości i dziwnych telefonów pojawia się u mnie faktycznie zainteresowany potencjalny kupiec. Już przez telefon jednak zaczyna mi coś mamrać o cenie. Bo on oglądał wczoraj taki sam a o tysiąc złotych tańszy i czemu ja mam o tysiąc droższy.
-Niemożliwe, że jest taki sam. Ma klimatyzację?
-No ma.
-A który rocznik?
-No ten sam- 2007.
-I nie jest uszkodzony?
-Nie jest.
Dla mnie dziwne. Coś musi być na rzeczy, bo dobrze wiem za ile mogę moje małe pędzidełko opchnąć. Jak się później okazuje-samochód miał na liczniku przejechane ponad 40.000km więcej niż ja, czyli dobrze ponad 200.000.
Facet przyjeżdża do mnie i bardzo wnikliwie ogląda moją staruszkę.
-Ale pani go wyczyściła!- Zauważa tonem mało przyjaznym.
-A chciałby pan kupić brudne auto? Poza tym nie lubię funkcjonować w brudzie.
-Palone było?
-Nie. Nie palę.
-Tu jest proszę pani wgniecenie (pokazuje na tabliczkę znamionową). Ten samochód jest po wypadku.
-Proszę pana, ja nie miałam wypadku. Mam ten samochód 5 lat, więc nawet jeśli jest po jakieś stłuczce, to był bardzo dobrze zrobiony, bo przez te 5 lat nic mi się w nim nie działo.
Mruczy coś pod nosem. Ogląda olej oraz silnik.
-Czyste to wszystko to nie jest…
-Ale nie od wycieków. Miałam panu czyścić silnik? Żeby nie zobaczył pan ewentualnych usterek w postaci wycieków?
Wsiada do auta i chce się przejechać.
Jedziemy.
-Pedał sprzęgła luźny. I ten ręczny ledwo trzyma.
Ja pierdzielę. To niech sobie naciągnie linkę za 50zł. Jestem świadoma „wad”, więc wiem, że muszę opuścić cenę.
-Ok. Proszę pana, opuścimy na zrobienie klimatyzacji i tych drobiazgów 500zł. Będzie ok?
-Sprzęgło też trzeba będzie zaraz wymienić.
Zaczyna mnie irytować.
-Sprzęgło było wymieniane  40.000 km temu. Mam na to papiery, więc jeszcze pojeździ.
-Ojej! A czemu było wymieniane?
NIE WIEM. W Bułgarii siedziałam i Przyszywany mówił, że trzeba wymienić, więc wymienili. Nie wnikałam. Jest wymienione na litość boską.
-Bo to była jego najwyższa pora- odpowiadam już zniecierpliwiona.  
-Proszę pani. Nie będę ukrywał, że auto bardzo mi się podoba, ale wezmę je za 1000zł mniej.
Pogięło go. I raptem mu się podoba.
-Poza tym wie pani, że jest teraz taki przepis, że ja po dwóch miesiącach mogę pani to auto zwrócić jak coś się okaże nie tak?
Okej. Doprowadził mnie do lekkiego szału….
-Wie pan co? Pan się mocno zastanowi czy chce to auto brać a ja się MOCNO zastanowię czy chcę panu to auto sprzedać, OK? A teraz proszę wybaczyć, ale wstaję razem z kurami, więc muszę się zbierać spać. Do widzenia- mówię panu i wskazuję delikatnie furtkę.
Po 2 miesiącach może mi ZWRÓCIĆ! Pogięło go! Coś spieprzy w aucie i będzie mi wisieć przed domem, bo coś jest raptem niesprawne! W życiu! Ja sobie święty spokój cenię. Won mi z cwaniakami! Nic mnie nie goni. NIe muszę od zaraz się pozbywać samochodu.

Mijały dni. Jakieś dwa dziwne telefony, które nic nie wnosiły i znów pojawił się potencjalny zainteresowany, który szuka auta dla dziewczyny. Okej! Idealnie. Dla dziewczyny. Zapraszam.
Przyjeżdżają VW sprzed 20 lat a pan mi od razu mówi, że jest mechanikiem samochodowym i ta pani obok (to jednak nie jego dziewczyna?) prosiła go o pomoc w kupnie.
Nie zdążył jeszcze podejść do auta i krzyczy:
-Ooo! Pani miała wypadek? Bo zderzak ma rysy.
JAKIE RYSY? JAKI ZDERZAK? Nie miałam żadnego wypadku. Dopadam przerażona do zderzaka i szukam tych rys, których przecież nie było! Patrzę i SZUKAM.
-Gdzie pan ma te rysy???
-No tutaj- wskazuje na środek tylnego zderzaka.
Nosem prawie jeżdżę po lakierze i JEST! No jest rysa!
-Proszę pana! Auto ma 12 lat! Jeździłam nim cały czas, więc ma ślady użytkowania na lakierze.
Przytakuje i coś mruczy. Wślizguje się pod auto (!). Z chałupy wychodzi Przyszywany. Chyba widział z okna co się dzieje, bo trzyma w ręku e-papierosa i nerwowo się nim zaciąga.
-Korozja proszę pani przy łożyskach.
Czołga się po ziemi dalej.
-Rdza zaczęła wchodzić na spód drzwi.
-Proszę pana. Przypominam, że auto ma 12 lat a cena jest bardzo przystępna. Na aukcjach te samochody chodzą za 2-3 tysiące więcej.
-No tak, tak. Niech mi pani klapę jeszcze otworzy.
-Proszę. Rozrząd ma pan zrobiony, akumulator nowy. Tylko olej musi pan wymienić i naprawić klimatyzację. Opuszczam 500zł na te rzeczy.
-To rozsądna propozycja, ale jeszcze mu się przyjrzę.
I przygląda się. Odkręca wlew oleju i… WĄCHA go.
Przyszywany szeroko otwiera oczy i zaciąga się e-papierosem jeszcze mocniej. Pan natomiast zamknął klapę i otworzył wlew paliwa. Przeleciał palcem dookoła i znów powąchał.
Oczom własnym nie wierzę. Jeśli tak się teraz kupuje samochody, to ja DZIĘKUJĘ. Nawet nie wiem co powiedzieć.
-Jeszcze się przejedziemy, dobrze?
-Oczywiście.
Jedziemy.
-Ale ten ręczny to kiepsko chodzi. Ja to zrobię za parę groszy, ale pani się nie chciało tego robić? Asia, chcesz się przejechać? Przejedź się teraz ty.
Jadę z dziewczyną a mechanik zostaje z Przyszywanym.
Od Asi dowiaduję się, że szuka czegoś oszczędnego. Mówię, ze lepiej nie mogła trafić, bo części zamienne są naprawdę tanie i pali też niewiele.
-A było palone? Bo wie pani, ja jestem straszną alergiczką.
-Nie, ja nie palę.
-Jakiś taki specyficzny zapach czuję. Teraz mam BMW, więc większe jest to auto, ale mnie na nie nie stać. Muszę mieć coś małego.
-To dobrze pani trafiła. Klocki kosztują niecałe 100zł. Komplet nowych opon to koszt 500zł. To małe auto, więc wszystko jest niewielkie. Koszty też.
Pani się uśmiecha. Kończymy przejażdżkę i pani alergiczka zapala papierosa.
ODPADAM.
Finalnie pani się zastanowi a pan mechanik (jej facet? Kochanek? Ktokolwiek?) jest rozczarowany jej decyzją, bo „auto jak na te pieniądze jest bardzo ok”.
Zastrzelcie mnie.
Chyba nie chcę przechodzić z trzecim potencjalnym kupcem tego samego. Jak mi ktoś jeszcze raz powącha auto, to się poddaję……….
Minęło kilka dziwnych cichych zapytań i pojawiło się uśmiechnięte małżeństwo. Sprawdzili to, co i ja bym sprawdziła. Zadali kilka dodatkowych pytań, pomarudzili na brak zapasowego kulczyka i samochód KUPILI.
HURRRAAAAA!

Na handlowca samochodowego ja się nie nadaję. Nerwy mam za słabe.

11 odpowiedzi do “sprzedaję Pędzidełko…”

  1. pamiętam, jak ja kupowałem swoją Piaskową Błyskawicę… 😉 Auto rocznik 88, poprzednią właścicielkę znałem 4 lata krócej… A ile było przy nim zabawy;) Na szczęście Skodzianka 120 S to było auto idealnie nadające się na obozy harcerskie – zarówno pod względem możliwości wjazdu praktycznie wszędzie, jak i w kwestii wymagań warsztatowych;) Stan w miarę niezły… pomijając „drobną” przygodę ze skrzynią zmiany biegów, chłodzeniem silnika, linką od sprzęgła…

  2. Ajjj, dzięki… Już zaczynałem myśleć czy by się wstępnie nie poprzymierzać do innych samochodów…
    Uświadomiłaś mi, że musiałbym później Mazdę opchnąć…

    A to wąchanie korka od oleju wbrew pozorom ma sens – ponoć jak uszczelka pod głowicą popuszcza, to jest zapach benzyny… 🙂
    Przynajmniej tak się naczytałem jak kupowałem samochód lat temu 10 🙂
    Grunt, że masz to już za sobą, nowy bolid śmiga… a i temat na bloga się znalazł 😉

    1. Haha. Zawsze Mazdę możesz wystawić za 1000zł. Wtedy każdy się rzuci na okazję 😉 uszczelka pod głowicą powiadasz??? Ja się do tego nie nadaję…

  3. Oj ChomiQ, Chomiq
    Takie ciekawe masz przygody i takie fajne na to spojrzenia, a mówisz (piszesz), że nie masz o czym pisać.
    Oj ChomiQ, ChomiQ

    Pozdrawiam 🙂

    1. Coś tam cały czas się wydarza 😉 Największe ostatnio przygody to ja mam we własnym domu ale… to jeszcze przyjdzie na to czas 😁

  4. Posiadania auta wiąże się z dwoma stresującymi sytuacjami – kupnem i sprzedażą. Moje przygody ze sprzedażą były podobne, tylko kupiec potem jeszcze do mnie wydzwaniał z pretensjami…

    1. Ooo nie! Żadnych telefonów z pretensjami. Na szczęście odpukać jak do tej pory po sprzedaży wszystkich moich 5 aut nikt do mnie nie wydzwaniał ale czasy są coraz gorsze i ludzie coraz bardziej wymagający. ..

  5. A tak przy okazji
    Twoje przeżycia to i tak nic w porównaniu z bajkami opowiadanymi przez sprzedających samochód i to, nie tak dawno dane mi było „ćwiczyć” przez miłych panów w salonie samochodowym.
    Ech …, materiał na całkiem, całkiem niezłą książkę 😀

    1. NIEdźwiedziu… w każdej sprzedaży ubarwia się swój produkt lub usługę. Na tym rzecz polega i dzięki temu świat się kręci w takim tempie jak teraz…

  6. TAAAAAAAAAK
    Zgadzam się
    „w każdej sprzedaży ubarwia się swój produkt lub usługę. Na tym rzecz polega i dzięki temu świat się kręci w takim tempie jak teraz…”
    zwłaszcza kiedy się płaci kupę, KUPĘ kasy i nie dostaje się (a raczej mówi się, że nie ma możliwości) wydania tego za co się tę KUPĘ KASY zapłaciło
    ale, to może opiszę jak sobie „krew rozrzedzę” a ostatnimi czasy coraz bardziej mi się podoba „na abstynenta”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.