czy lekarzom się należy…?

źródło:pixabay.com

Dzieje się w tej naszej służbie zdrowia, oj dzieje… Jak nie strajkują pielęgniarki, to ratownicy medyczni a jak nie ratownicy, to teraz młodzi lekarze. Ależ to roszczeniowe grupy zawodowe w tej służbie zdrowia. BYDLAKI niewdzięczne! Niech się cieszą, że w tym nomen omen chorym kraju w ogóle mają pracę a nie im się jeszcze podwyżek zachciewa. Że niby ciężkie studia pokończyli i nie zarabiają kokosów? A kto w tym kraju nie skończył ciężkich studiów?
Ja na przykład. I każdy, kto studiował humanistyczne kierunki.
Czytaj dalej czy lekarzom się należy…?

na blogu mam gościa :)

Przyznać muszę, że kilkakrotnie pracowałyśmy z  gospodynią tego bloga nad wspólnym projektem i gdy  po raz pierwszy zerknęłam w jej oczy …nie musiałam nawet specjalnie się wysilać i  pytać kto i dlaczego nadał autorce „Niecodziennych notatek” taką uroczą ksywkę. Chomiś pasuje do niej jak ulał 🙂

Ale wpadłam tu w konkretnym celu. Chciałabym  napisać  troszkę o frustracji, troszkę o przykrych, życiowych niespodziankach, o  idealiźmie i o tym, dlaczego tak trudno zejść z udeptanej ścieżki i opuścić własną strefę komfortu. A to wszystko a propos niedawno opublikowanego tekstu   z tego bloga pt  ” Urządziliśmy cyrk”.

Szpitalne przygody i najróżniejsze związane z pobytem bliskich mi osób w szpitalu  trudne uczucia  oswajałam długo ,  całymi latami. Dziś wspomnę dwie historie związane z leczeniem, bardzo starą i zupełnie świeżą, sprzed kilku dosłownie tygodni.

W epoce przedkomórkowej, w późnych latach 80 często odwiedzałam w miejscowym szpitalu oddział ortopedii, na której leżał mój kuzyn po wypadku motocyklowym. Przechodził skomplikowaną operację  leczenia nogi , polegającą na zabiegowym wkręceniu specjalnej śruby, spajającej kończynę.

Na oddziale leżała także  pewna znana wtedy siatkarka reprezentacji ogólnopolskiej. Częstą przypadłością siatkarek były kontuzje łękotki.

Uwielbiałam odwiedziny na tym oddziale gdzie leżała jedna ofiara zbyt intensywnego meczu w eliminacjach do Mistrzostw Europy. Wrocławianka, bardzo pogodna z natury, ciągle  tworzyła jakieś malowidła na gipsie świeżo zoperowanych kończyn młodych pacjentów, którzy dzielili z nią los na oddziale. Bardzo często brylowała na korytarzu, oparta na dwóch kulach opowiadała dowcipy i składała autografy na gipsowych pancerzykach innych pacjentów gdy ci odkryli, że mają do czynienia z popularną gwiazdą sportową.

Pewnego popołudnia dopadła ją wyjątkowa głupawka. Wspominała jakiś wyjazd integracyjny w górach i od słowa do słowa, postanowiła zademonstrować  siedzącym na wózkach pacjentom, z którymi wygłupiała się codziennie, taniec o nazwie „krzesany”.

W pewnym momencie przesadziła, usłyszeliśmy : ” O, ku….” i żartownisia usiadła z bólu na pobliskim krzesełku, zerkając na swoją świeżo zoperowaną nogę. Okazało się , że popuszczały jej szwy i gdy  jej znajomi rozjechali się do sal na obiadek, ona ponownie wjechała na salę operacyjną, wieziona na wózku przez pukającego się w czoło ortopedę.

– I po co pani były te wygłupy? -kręcił głową lekarz.

– Aby milej i szybciej upłynął nam czas- wyjaśniła pechowa pacjentka.

I scenka  druga, całkiem współczesna.

Pewna dalsza znajoma,  nałogowa palaczka, mieszkająca w tej samej miejscowości  co ja, usłyszała o  zabiegu antynikotynowym o wysokiej skuteczności, przeprowadzanym w gabinecie medycyny tybetańskiej w Krakowie.

Znajoma miała problem ponieważ paliła sporo, a potrzebowała pilnie gotówki na spłatę kredytu w banku, pewnego dnia zdeterminowana zapytała, czy mogę ją podwieźć w okolice gabinetu i pożyczyć pieniądze na zabieg?

Jak tu odmówić tak szlachetnym zamiarom? Powiedziałam, OK. Bo przecież rzucając palenie można w ciągu roku zaoszczędzić na tydzień całkiem sensownych wczasów, o walorach zdrowotnych decyzji zmilczę bo jest oczywista:)

Znajoma dała sobie ponakłuwać uszko specjalnym  zestawem, w trzech punktach małżowiny widniały jej wbite ustrojstwa, które rzekomo miały hamować  głód nikotynowy. Wszystko co należało do pacjenta to regularne masowanie miejsc z wbitymi  igiełkami specjalnym magnesem, otrzymanym w zestawie zawsze w chwili napadu głodu nikotynowego.

Pan doktor prosił by nosić igiełki do 3 tygodni, uważać przy myciu głowy by ich nie wypłukać, nie żałować masaży nawet kilka razy dziennie. Kazał się także zameldować po 3 tygodniach  do kontroli  i uprzedził, że czasem potrzebna jest druga iniekcja antynikotynowych igieł , bo nałóg jest silniejszy.

Po tygodniu spotkałam znajomą i widziałam, że przechodzi wyraźny kryzys. Na pytanie o skuteczność zabiegu odpowiedziała wymijająco. Przyciśnięta do muru wyznała, że z  dziennej dawki 8 papierosów  pozostał jej 1 .Ale traktuje go jak ostatnią deskę ratunku i czeka by zapalić jak na przysłowiowe zbawienie.

Po kolejnych 2 tygodniach zwróciła mi  pożyczone  jej pieniądze i w zasadzie w tym momencie domyśliłam się, że kuracja okazała się nietrafiona. Miało być przecież  inaczej!

Na pytanie, czy podwieźć ją na kolejny zabieg wszczepienia igiełek antynikotynowych odpowiedziała rozbrajająco: Gdybym miała człowieka, któremu naprawdę zależałoby na moim zdrowiu, może prędzej zmotywowałabym się  do osiągnięcia sukcesu? Boję się zmarnować kolejnych pieniędzy – przyznała. Bo płacić i nie móc zapalić to prawdziwa katorga…

Chomiczku, Twoja Rodzicielka musi tkwić w głębokim nałogu nikotynowym. To właśnie on szepce jej  codziennie do ucha: ” To bez sensu, i tak nie zmobilizujesz  się”.

Dla wielu palaczy palenie to odprężający rytuał i rozwiązanie krępującej sytuacji co zrobić z rękami w szerszym gronie  mniej znanych ludzi.

Tak już jesteśmy skonstruowani, że lubimy nasze niektóre nałogi i są one silniejsze od każdej motywacji. Pójście na skróty  wymagałoby  opuszczenia odwiecznej strefy komfortu, co rodzi często niepokój i niezadowolenie. Tak sobie myślę, Chomiczku, że Twoja rodzicielka  nie przeanalizowała do końca twojej sytuacji w związku z przyjściem na oddział gdy jej na nim nie było. Myślę, że na pewno nie chciała cię narażać na słowa krytyki.

Co pomaga niektórym palaczom rzucić nałóg? Czasem nie warto wspierać palących i prosto z mostu powiedzieć im: „Śmierdzisz bo…palisz”.

Niektórzy jednak poczuliby się dotknięci taką bezpośredniością i  relacje z nimi wymagają dużego taktu i empatii. Dlatego  trzeba wypośrodkować wtrącanie się w nie swoje sprawy.

Czy wkurzyłabym się na matkę gdyby zapaliła dzień po operacji? Tak, zdecydowanie tak więc rozumiem  intencję tego wpisu:) Chomiczku, a może tu potrzeba tatrzańskiej lawiny cierpliwości?

Każdemu z was, który przekonuje bliskich do dobrych zmian życzę mnóstwa konsekwencji, a może sami zechcecie być dla nich przykładem lub inspiracją?

Zapraszam abyście zerknęli pod adres mojego bloga: http://poziomkowe-wzgorze.blog.pl oraz na Instagram .Może znajdziecie tam historie przypominające wam w pewnych detalach wasze własne problemy, wpadki, radości, niepowodzenia  i inspiracje ?

Chomiczku, raz jeszcze życzę POTROJENIA liczby fanów 🙂

Ps. Ratunkuuuu, ja chcę WIOOOOOOOOOOSNY 🙁

Lunka 1969
http://poziomkowe-wzgorze.blog.pl

Na moim blogu przeczytacie najnowszy,  gościnny post Chomikowej.

Niecodzienne notatki zagoszczą na Poziomkowym Wzgórzu. Zapraszam!

———————————————————–
Lunce bardzo dziękuję za odwiedziny 🙂 A was uspokajam, że jutro pojawi się u mnie nowy wpis, typowo Chomikowy 😉
Ściskam gorąco! 🙂

urządziliśmy cyrk

facepalm-gifs

Przez ostatni miesiąc żyłam w nerwach. Lekko podłamana decyzją lekarzy o niezbędnej ingerencji chirurgicznej dogadzałam kobiecie, jak mogłam. Mając w pamięci poprzedni najzwyklejszy zabieg rozbijania kamieni nerkowych, który zakończył się dla Rodzicielki wizytą jedną nogą w drugim (tym podobno lepszym) świecie, przed ostatnią operacją obie ostro panikowałyśmy. Innego rozsądnego wyjścia nie było. Poszła pod nóż…
Po nieprzespanej nocy, z bólem głowy, masą zakupów wszelakich i duszą na ramieniu pognałam Pędzidłem do szpitala. Oczywiście plan zabiegów się pozmieniał, więc Rodzicielka już przebudzona leżała u siebie na sali. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale ten obraz na szczęście przytomnie do mnie mówił i domagał się wody. Zorganizowałam słomkę i Rodzicielkę napoiłam. Po główce pogłaskałam, piżamkę zmieniłam, o zmianę opatrunku poprosiłam („Ja chyba dzisiaj oszaleję! Wszyscy coś tylko chcą ode mnie i teraz mam jeszcze mamusi opatrunek zmienić a dopiero co z sali operacyjnej wróciła!”- usłyszałam od pielęgniarki), ugryzłam się w język i z uczuciem ulgi pognałam do pracy i na kurs językowy.
Pod wieczór z wywieszonym jęzorem znów przybyłam na oddział. Po drodze zrobiłam szybkie zakupy, co by Rodzicielce dostarczyć WSZYSTKO, czego może potrzebować. Żeby tylko szybko odzyskała siły i wróciła do domku i do kotka- Trytka. Dopadam do jej sali i moim oczom ukazuje się… puste łóżko. Ani matki, ani Przyszywanego Ojca, który miał przy niej pełnić wartę. Dopadam do łazienki. Pusta. Korytarz pusty. Dzwonię do Przyszywanego Ojca.
-Mogę wiedzieć, GDZIE WY JESTEŚCIE?- pytam zdenerwowana.
-No jak to gdzie? Przecież twoja matka musiała zapalić papierosa. Zaraz będziemy.
Szlag mnie trafił najjaśniejszy. To ja biegam, zamartwiam się, łzy ukradkiem wycieram a ta kilka godzin po narkozie WYMIOTŁA 7 pięter niżej ZAPALIĆ. Oczywiście. Przecież ona jest w stanie wyjść z grobu, żeby tylko ZAPALIĆ. To, że wylądowała na oddziale chirurgicznym, NIC jej nie dało do myślenia, że czas najwyższy z tym nałogiem skończyć. Papieros rządzi jej życiem. Siadam wściekła na korytarzu. Nagle słyszę jakieś poruszenie wśród pielęgniarek. Krzyczą, biegają i… kogoś szukają.
-To pani! Pani jest córką pacjentki, której szukamy!- dopadają do mnie 4 pielęgniarki- Gdzie jest pani matka?!
-Mama… poszła na spacer z ojcem- kłamię. Przecież nie powiem, że poszła zapalić, bo mnie rozniosą.
-Pani jest normalna?! Jak to poszła na spacer?! I pani pozwoliła własnej matce wyjść z oddziału po NARKOZIE? Pani chyba nie jest normalna! Co pani sobie wyobraża- że gdzie jesteście? Na wakacjach? To jest szpital! A my bierzemy odpowiedzialność za zdrowie pacjentów!-krzyczą do mnie na zmianę. Krzyczą i się nawzajem nakręcają.
Zebrałam opieprz, jak NIGDY w życiu i to opieprz za własną matkę. Mam ochotę zniknąć.
Dzwonię znów do Przyszywanego Ojca.
-Gdzie wy jesteście?! Właśnie zebrałam taki opieprz, że was nie ma, że już mi się wszystkiego odechciało!
-O! Wielkie rzeczy! I ty nie wydzwaniaj do mnie z nerwami, bo nie będziemy w ogóle rozmawiać!- krzyczy na mnie dla odmiany Przyszywany Ojciec. Człowiek, który z byle powodu potrafi rozpętać awanturę.
W oczekiwaniu na Rodzicielkę przez cały czas słuchałam krzyków pielęgniarek, które tylko nakręcały się faktem, że nie ma jednej pacjentki. „Trzeba takich ludzi natychmiast wypisywać ze szpitala! Ja już idę do lekarza, żeby z tym porządek zrobił! I córeczka pozwoliła, żeby mamusia sobie poszła na spacer i to po narkozie!”.
Jeszcze 2 zdania i dostanę szału. Na szczęście na korytarzu pojawia się Rodzicielka  i Przyszywany Ojciec.
A ciebie już kompletnie pogięło?! Nie możesz przeżyć jednego dnia bez papierosa?! Ja tu z actimelkami, termosikami, przerażona od kilku tygodni a ty masz wszystko w swoich 4 literach! GRATULUJĘ. Teraz idźcie wysłuchiwać od pielęgniarek kolejnych awantur, bo ja mam dość- oznajmiam wściekła i czerwona ze złości. Czuję, że głowa zaraz mi pęknie i kolejną noc będę miała „z głowy”.

W sali chorych oczywiście do Rodzicielki dopadają 2 pielęgniarki i lekarz. Przyszywany Ojciec traci cierpliwość i zaczyna dogadywać w typowy dla niego sposób i podnosi na kogo głos? Na mnie oczywiście. Do awantury dołączają się pacjentki, które po operacjach domagają się ciszy i spokoju.
CYRK.
A mamusia co? Z głupkowatym uśmiechem położyła się do łóżka, nie wydobywając z siebie ani jednego słowa w trakcie awantury. Wychodzę na korytarz, bo boję się, że ją pobiję.
-Pani Chomikowa- zaczepia mnie lekarz-czy pani zdaje sobie sprawę z tego, że mamie nie wolno palić? Ani teraz, ani najlepiej w ogóle?
Zaraz się chyba popłaczę.
-Panie doktorze- odpowiadam ze łzami w oczach- państwo są tutaj z moją matką drugą dobę, ja z jej nałogiem walczę odkąd skończyłam 8 lat. Właśnie z takim skutkiem.

Ze szpitala wychodzę wściekła i załamana. Cyrk, po prostu cyrk. Moja własna rodzina urządziła cyrk.
Z nieba padał marznący deszcz. Maszerując do Pędzidła, tracę kontrolę nad własnymi nogami. Upadam. Na kolana. To znak. Znak, żebym się zaczęła modlić i to nie o zdrowie. O rozum dla własnej matki.

bo baby są głupie…

bored emma stone whatever easy a crickets
źródło: giphy.com

Kilka ładnych lat temu poznałam kobitkę. Już nie ma znaczenie gdzie. Znaczenie ma to, że kobitka jest energiczna, miła i naprawdę ładna. Tylko inteligencją nie grzeszy, ale o tym za chwilę.
Odkąd tylko pamiętam, w rozmowach wspominała o swoim narzeczonym. Jak to on ją BARDZO mocno kocha, jak świata poza nią nie widzi i jak bardzo chce dla niej wszystkiego co najpiękniejsze, najlepsze i najdroższe. Poza tym narzeczony przychodzi do niej na kolację, narzeczony idzie do lekarza, narzeczony zmienia pracę, narzeczony potrzebuje pomocy, pogłaskania, posprzątania, poklepania po plecykach i innych rzeczy na „po”. Podpalenia w szczególności.
Słuchałam cierpliwie. Ba! Nawet wykazywałam zainteresowanie. Jednak spokoju nie dawał mi fakt, że jeszcze nie słyszałam, żeby wspólnie spędzili urlop, o weekendzie nie wspominając. No i czemu do cholery ta kobitka wynajmuje ciągle mieszkania, skoro facet jest właścicielem kilku nieruchomości, które oczywiście wynajmuje????? A że bywam osobą bezpośrednią i czasem może zbyt ciekawską 😉 zaczęłam temat drążyć i drążyć. Na początku odpowiedzi były wymijające, ale po jakimś roku, znajomej się chyba ulało i ze łzami w oczach wypaliła:
-Chomikowa, tyle poświęciłam temu Grześkowi* a on wciąż nie może się zdecydować.
ZDECYDOWAĆ????
-Ej, ej! O czym ty tu mówisz? O jakich decyzjach, hm?- pytam spokojnym tonem, żeby jej nie wystraszyć, bo zapłakana kobieta to płochliwe stworzenie.
-No pomiędzy mną a tamtą.
Rozkosznie.
Jak się okazało, ukochany Grześ jest w związku z jakąś tam kobietą. Są razem od…. Uuuu… Przynajmniej 10 lat a moja znajoma… cóż… od jakiś 5 lat wstecz stała się jego kochanką.
Popatrzyłam na tę kupę nieszczęścia, które siedziało skulone na krześle i wierzyć mi się nie chciało, że tyle lat można czekać na coś, co za cholerę NIE NADEJDZIE.
-5 lat? Naprawdę 5 lat? Ale on ci coś obiecywał, czy jak?- pytam zszokowana dokumentnie i próbuję znaleźć jakieś rozsądne wytłumaczenie tej głupoty.
-Tak, bardzo obiecywał na początku. I tak kochał i tak pięknie zapewniał o tej miłości, ale od jakiś 3 lat już mi nic nie obiecuje, tylko mówi, że kocha. I wiesz, ja go też tak mocno kocham. Bo to musi być miłość…. Wiesz?
Oczy otwieram już tak szeroko, że aż dostrzegam plamy na suficie. Matko kochana! To nie jest ta kobieta, którą znałam! Gdzie rozsądek?! Gdzie się podziała jej inteligencja?! PODMIENILI MI KOLEŻANKI!!!!
-Ale zaraz, zaraz! Jak mam już być tak z tobą szczera, to ja nie wiem czy ty masz w ogóle jakieś oparcie w tym człowieku! Dlaczego on ci nic nie pomagał w walce o mieszkanie? Skoro tak kocha, to mógłby chociaż pozwolić ci mieszkać w którymś z tych jego mieszkań! Czemu jak rok temu leżałaś w szpitalu, to on odwiedził cię tylko raz? Dziewczyno, czy to naprawdę jest MIŁOŚĆ?
-Chomikowa, a czy ty cokolwiek wiesz o miłości?!-pyta zdenerwowana. A ja się zamykam na amen. Może nie wiem jak wygląda prawdziwa miłość, ale na pewno wiem, że tak wyglądać nie powinna. W ciężkim szoku wychodzę z pokoju i próbuję ochłonąć.
Mijały lata. Do tematu już wolałam nie wracać, bo nie chciałam wywoływać u koleżanki agresji. Czasem tylko ręce mi opadały, kiedy słyszałam, że idzie do niego do domu, wypielić mu ogródek, albo kupiła mu nową kurtkę, samej sobie odejmując od ust któryś z kolei obiad. NUDA. Po prostu NUDA.
Jednak jakiś czas temu, szlag mnie trafił.
-Chomikowa, natychmiast potrzebuję podwózki do szpitala- dzwoni znajoma.
-Matko, co się dzieje? Pewnie, że jedziemy! Już do ciebie jadę!
-Nie mnie, tylko Grzesiowi. Od wczoraj ma jakieś duszności, więc poruszyłam wszystkie znajomości, żeby go dzisiaj w końcu przyjęli na oddział.
Wzdycham głęboko. Ciągle tylko wzdycham. Ja to muszę mieć świetnie dotleniony organizm 😛
  W sali szpitalnej dziewczyna lata naokoło faceta jak nieprzytomna. Ja się tylko zastanawiam, gdzie jest ukochana, z którą Grzesiu dzieli swoje życie od jakiś 15 lat. Jakbym przewidziała:
-Wiesz co? Możesz wyjść na chwilę? Muszę zadzwonić do (tu pada imię ów ukochanej)- mówi Grzesiu do nierozgarniętej znajomej. I co ona robi? Wychodzi z tego kącika, jak grzeczna uczennica. WYCHODZI z podkulonym ogonem!!!!
Dlaczego ja nie palę papierosów?! No DLACZEGO? To był świetny moment, żeby trzasnąć tyłkiem i wyjść zapalić papierosa albo całą paczkę od razu.
-Słuchaj…-zagajam w drodze ze szpitala- jestem pełna podziwu, wiesz? Ja bym nawet za największą miłością swojego życia nie czekała tych 10 lat, które ty czekasz.
-Co ty wiesz, Chomikowa. On mnie bardzo kocha.

Widzę właśnie.
I widzę, że głupota kobiet nie ma granic.
———————————–
*imię zmienione

o pierścionkach, kolczykach, panice i na pewno nie o ślubie :P

fear-animated-gif
żródło: gifsec.com

Kiedy pracowałam w szpitalu, zostałam oddelegowana na kilka dni na zastępstwo do sekretariatu na oddział szpitalny. Podczas drugiego dnia mojej walki z nowym miejscem pracy, na oddział został przyjęty pacjent z przedziurawioną cewką moczową. Jak się okazało był to skutek źle wykonanego piercingu w miejscu intymnym. Dobra. Zdarza się. Jednak troszkę jestem ciekawa tego faceta, który robi sobie „w takich miejscach” taką krzywdę 😛 Gdzieś mi moja bujna wyobraźnia podsuwa obraz niegrzecznego przystojniaka z tatuażami, z krótko przystrzyżoną czupryną i pewnym męskim spojrzeniem. Ach… aż się rozmarzyłam przed tym stosem  historii chorób i wypisami. Takie boskie ciacho w sam raz na raz… 😉
Następnego dnia wchodzi do sekretariatu takie nieszczęśliwe Coś, na co nawet nie chce mi się spoglądać. Blade, malutkie z za długimi przetłuszczonymi włosami i z za małymi oprawkami okularów.
-Przepraszam panią, czy są już moje wyniki badania? Moje nazwisko Święty*- zwraca się do mnie przerażone Coś.
Kojarzę nazwisko z nieszczęsnym piercingiem. No tak… Nawet wzdychać mi się nie chce.
-Przykro mi, ale wyniki będą najwcześniej jutro-odpowiadam zgodnie z prawdą i modlę się gdzieś w duszy, żeby już sobie poszedł.
-Bo wie pani… Ja się tak bardzo boję tych wyników… Teraz tyle ludzi umiera na te nowotwory…
Nie wierzę. Nie dość, że wygląda jak nieszczęście, to jeszcze jest cały nieszczęśliwy.
-Proszę pana, ale pan nie miał pobieranych wycinków ze zmian nowotworowych, panu tylko jakieś zakażenie zaczęło się wdawać, więc nowotwór na pewno panu nie grozi. To znaczy na pewno nie teraz.
Idź już sobie. Idź.
-Oj, to troszkę mnie pani uspokoiła… Bo wie pani… Ja ciągle tylko odprawiam pogrzeby ludzi, którzy umierają na te nowotwory.
?!
Minę muszę mieć bardzo ciekawą. Przepiękna mieszanka zdziwienia, absurdu i wyrafinowanej kąśliwości.
O, żesz ty!
I NA CO ci był, chłopie ten cholerny KOLCZYK?????  Pytanie zadaję sobie oczywiście retoryczne, bo odpowiedź jest w tym wypadku bardzo prozaiczna. Takich ekscesów mu się zachciało!
Nie mogę się powstrzymać i gram przed gościem szczerze zmartwioną i praktyczną pracownicę służby zdrowia.
-Wie pan… No teraz to tylko przy takim zakażeniu może dojść do obumarcia zdrowych tkanek i skończyć się amputacją, ale NA PEWNO nie nowotworem.
Zerkam na człowieka z nieskrywaną ciekawością, oczekując reakcji na tą głupotę, którą przed chwilą palnęłam.
Uwierzcie mi. WARTO BYŁO 😀 😀 😀
————————————————————
*Nazwisko zmienione

Chomikowa leży w szpitalu…

Każdemu człowiekowi choć raz w życiu zdarzyło się chorować i to na tyle poważnie, że nasz pierwszy (ostatni) kontakt czyli lekarz rodzinny ręce nad leczeniem rozkładał i wypisywał skierowanie do szpitala. Brrr. Jak to brzmi… Już na sam dźwięk słowa „szpital” człowiek dostaje mdłości i czuje, że jednak może ozdrowieć SAM lub choćby dzięki modlitwom skierowanym do sił wyższych… Do szpitala jednak chcąc nie chcąc trafiamy… I na kogo my tam trafiamy…
Kilka miesięcy temu, kiedy dochodziłam do siebie po wypadku w łóżku szpitalnym w oddziale chirurgii urazowej, salę dzieliłam z trzema innymi kobietami. Każda miała poobijaną twarz i siniaki prawie na całym ciele. I każda z nich „spadła ze schodów”. Ciekawe zjawisko to „spadanie ze schodów”. Najciekawsze jest to, że te schody podstępnie atakują łuki brwiowe i górną wargę… Cholera jasna… muszę uważać na te moje drewniane schody, które prowadzą do mojego mieszkanka, bo mogą zaatakować, kiedy najmniej się będę tego spodziewać!  Dwie z tych kobiet wyglądały mi na takie, które przygody z podstępnymi schodami miały nie po raz pierwszy. Ale może się mylę… Nieistotne.
Na korytarzu szpitalnym leżał pacjent. Nazwijmy go Świrem- Wędrowniczkiem.  W ciągu dnia cały czas spał a jego życie rozpoczynało się o godzinie 22.00. Pierwszej nocy, kiedy cała obolała leżałam na mojej 4-osobowej sali sama, Świr postanowił zaznaczyć swoją obecność. Krzyczał, że chce jechać do mamy i taty; że zrobi wszystkim krzywdę a potem sobie; że wyskoczy przez okno; przeraźliwym krzykiem błagał o wyjście na spacer i co najlepsze: biegał po korytarzu. Oczywiście pracownikom szpitala przysługuje takie prawo jak  zastosowanie „przymusu bezpośredniego” stosowanego wobec agresywnego pacjenta, ale ogólnie wiadomo, że tego typu procedury są stosowane bardzo rzadko. Bo często ordynator musi się później tłumaczyć rodzinie pacjenta i dyrekcji, czemu pacjent został przywiązany do łóżka. Czemu? Bo zagraża sobie i innym! Pielęgniarkom szczerze współczułam całej sytuacji, bo nie były w stanie tego człowieka opanować. Kiedy przyniosły pasy do przypięcia Świra do łóżka, ten zaczynał płakać i błagać o zaprzestanie wszelkich działań zmierzających do ograniczenia jego ruchów (ruchów, jak ruchów, ale jak dla mnie tego pana należałoby zakneblować…). Uspokajał się na 15 minut, po czym znów rozpoczynał spacery po korytarzu. I gdzie w końcu zawędrował Wędrowniczek? Oczywiście, że do Chomikowej. 10 sal do wyboru, ale oczywiści o 3 w nocy postanowił wejść do nikogo innego jak do mnie. Nawet się nie zdziwiłam, bo tylko czekałam aż do mnie przyjdzie. Pokrzyczał mi nad łóżkiem, potrącał po ręku z kroplówką i… wyłożył się na posadzkę jak długi. Chwila ciszy… Może stracił w końcu przytomność i będzie trochę spokoju…? Tylko czemu akurat na MOJEJ sali…? Niestety sam się ocknął i próbował podnieść z podłogi. Zanim przybiegły pielęgniarki, zdążył przewrócić taboret i mój stojak na kroplówkę. Jak się tłumaczył? „Bo ja chciałem tylko pooglądać telewizję!” Ach! Czyli pewnie po prostu szukał pilota…
Na szczęście nad ranem uciekł ze szpitala. Ku uciesze całego personelu i pacjentów.
Teraz też chwilę Chomikowa w szpitalu. Naprawdę chwilkę. Zacisnę zęby i dam radę. I już prawie zapomniałam  przygodach ze Świrem- Wędrowniczkiem w poprzednim szpitalu, ale całe wydarzenie przypomniało mi się podczas dzielenia sali ze starszą pacjentką. Uwielbiam starsze panie. Już wiem, że buzia im się nie będzie zamykać. Szpital traktują jak hotelik, w którym w końcu można  kimś porozmawiać. Wyrozumiała jestem i gotowa spełniać rolę wolnego słuchacza… Zanim odezwała się do mnie po raz pierwszy, wyjęła… różaniec. Westchnęłam sobie cichutko, zacisnęłam zęby, wysłuchałam wszystkich „zdrowasiek” i położyłam się z książką w łóżku. Błoga chwila nie trwała długo, bo ciszę przerwała pieśń „Barka”.
Oj nie, nie… ja do solóweczki nie dołączę. Nie ma takiej możliwości. Szpitalnego chóru na tej sali NIE BĘDZIE. Przykro mi. Książkę odłożyłam, bo to nie ma sensu. Może chociaż w takim razie przyszedł do mnie jakiś mail…? Biorę telefon do ręki i dłoń na komórce zaciska mi się coraz mocniej, bo z cichego nucenia zaczął mi się robić mały koncert. Ma kobieta szczęście, że akurat miałam w miarę dobry dzień i procent cierpliwości oraz wyrozumiałości w stosunku do ludzi starszych, wskazywał poziom najwyższy z możliwych. Maili brak. Matko, co ja mam ze sobą zrobić…?
-Ależ pani jest wyrozumiała! Ja panią przepraszam, że tak sobie pośpiewuję, ale tak się denerwuję przed zabiegiem, że nie wiem co mam zrobić ze sobą. Nie gniewa się pani?- nagle z zamyślenia wyrywa mnie Piosenkarka.
-Jeśli to panią uspokaja, to niech sobie pani troszkę pośpiewa. Ja rozumiem. Mnie nic tu robić nie będą, więc jestem spokojna a pani może niech poprosi o jakąś tabletkę na sen?- tak delikatne daję do zrozumienia, żeby coś łyknęła, bo czuję, że noc będę miała z głowy…
-Dziecinko, ja usnę, bo bardzo jestem senna, ale jeszcze to troszkę potrwa.
I tak wdaje się ze mną w rozmowę. Opowiada o cudownym kremie przeciwzmarszczkowym, który dostała od syna, o całej swojej rodzinie i słodko się przy tym wszystkim zaśmiewa. Nawet zaczynam ją lubić, bo jakiś optymizm od tej kobiety bije. Po kilku minutach rozmowy Piosenkarka czuje się w moim towarzystwie na tyle swobodnie, że podchodzi do mnie do łóżka, łapie mnie za rękę i komunikuje, że mi… zaśpiewa. Piosenkę specjalnie dla mnie.
Sztywnieję.
Chomikowa, opanuj się. Zachowaj powagę. Skup się i po prostu wysłuchaj tego. Tylko nie próbuj wybuchać śmiechem, bo będziesz się w piekle smażyć.
Cała się w środku duszę ze śmiechu. Tak mocno pohamowuję wybuch śmiechu, że łzy napływają mi do oczu… Pięknie. Po prostu pięknie. A mogłaś, Chomikowa aktorką zostać… Nie jestem w stanie tego ogarnąć i łzy spływają mi po policzkach…
-Ależ pani jest wrażliwa! Cudowna z pani istota! Anioł!
Cóż Chomikowa… są czasem takie kłamstwa, które ratują wiele spraw. Czasem nawet i życie…
-A bo widzi pani… mnie nikt jeszcze nigdy niczego nie śpiewał i to dlatego!
W sumie dużo jej nie okłamałam… Ale ten jej uśmiech na twarzy! Przecież zacisnę zęby i dam radę, to tylko kilka godzin. Ja ją rozumiem.
Ja zawsze wszystko rozumiem.

I ja się dziwię, że przyciągam dziwnych facetów? Ja po prostu generalnie przyciągam dziwnych ludzi.
Emocje z Chomikową gwarantowane.

wypadek, popęd seksualny i szczęście żony

kajdankiOd czasu do czasu odbieram telefony od znajomych z pracy. Wiedzą, że raczej niechętna jestem telefonom z pracy, więc starają się je ograniczyć do minimum. Inaczej jest z moim kolegą Maczo- gdzież tam jakiekolwiek konwenanse, zapytania o zdrowie i inne banalne sprawy. Przecież facet pod każdym względem jest niebanalny 😛
Kilka dni temu wykonał do mnie któryś z kolei telefon. Już wiem, że nudno nie będzie NA PEWNO 😛 Kilka kurtuazyjnych pytań, zorientowanie się na jakim poziomie jest moje poczucie humoru i jakakolwiek chęć prowadzenia rozmów, po czym zagaja:
-Chomiczkuuu- Oho! Jak już zwraca się do mnie tak pieszczotliwie i przeciąga me imię, to wiem, że pierdyknie we mnie jakąś złotą myślą…- Ale ja myślę, że ty po tym wszystkim będziesz miała większy popęd seksualny, prawda?
😀 Dobrze, że akurat leżałam sobie w moim wyrku, to oszczędziłam tyłek przed obtłuczeniem po upadku na glebę.
Z tego co ja wiem, to z moim libido było i jest wszystko super, ale cóż… to moje subiektywne odczucia 😛
-Facet, a jaki wpływ może mieć to wszystko na mój popęd? Niektórzy po szpitalach to nawet nie myślą o seksie a ty liczysz na to, że u mnie będzie jeszcze lepiej, niż było???
-Ależ oczywiście! To ty nie słyszałaś o wpływie szpitali na libido? A ja oczywiście jestem do usług! Może w końcu coś z tego będzie! Bo ile można cię nagabywać… zniechęcam się powoli.
Aktorem może nie jest Oskarowym, ale rozwija się facet, ROZWIJA. Kto wie jaki poziom osiągnie na stare lata 😛
– Jakie ty masz szczęście, że mnie to wszystko już po tych wszystkich miesiącach naszej wspólnej pracy po prostu BAWI.
-Ja w ogóle mam w życiu bardzo dużo szczęścia.- taką mnie informacją poczęstował.

Jaka szkoda, że jego żona nie ma tyle samo szczęścia…