śniadanie kacowe

źródło:giphy.com

Bardzo rzadko miewam kaca (moralnego nigdy… Aż nie wiem czy nie żałuję). Staram się pić ilości rozsądne a jak nie rozsądne, to coś dobrego, co nie spowoduje, że kolejnego dnia będę wrakiem człowieka.
Tydzień temu się nie udało. Delegacja z szefem, dla którego picie alkoholu jest prawdziwym piciem przy mieszance wszystkiego, co serwują aktualnie w knajpie. I tak jednego wieczoru gruszkówkę popiłam piwem, wiśniówkę brandy a na deser postawiono mi kieliszek czystej (bo ty się Chomik musisz w końcu sponiewierać!). Czułam, że może się nie sponiewieram, ale poranek przewidywałam przywitać nad muszlą klozetową. Ryzyko było zbyt wielkie, aby mogło być inaczej.
Obudziłam się z myślą, że latać nienawidzę a jestem chyba w helikopterze i czuję się z tym fatalnie, bo skoro latać nie cierpię, to mam do tego okrutne mdłości. O bólu głowy nie wspominając.
Po co mi to było? Moja asertywność, którą ćwiczę latami nadal nie jest w najlepszym stanie, skoro szefowi jedyne czego mogłam odmówić, to pójścia po tym pijaństwie na dyskotekę.
Muszlę klozetową udało mi się ominąć, ale wiedziałam, że przed kolejnym dniem pracy na targach muszę coś ze sobą zrobić, bo pożytek będzie ze mnie żaden. Pamiętałam lekcję od mistrza kaca- Prawie Idealnego, że jedynym lekarstwem na kaca (no właśnie- mamy leki na tyle przypadłości a czemu nadal nie wynaleziono leku na kaca???) jest dobre śniadanie i nawodnienie organizmu.

Wywlekam swoje ciało nad którym czuję, że mam niewielką kontrolę i udaję się do hotelowej łazienki. Myję zęby, zarzucam na umęczoną twarz krem nawilżający, krem korygujący, na rzęsy, które zawsze mam naturalnie podkręcone a teraz od kaca nawet one są sztywne i niechętne do współpracy nakładam ukochany tusz i jeszcze chwiejąc się na nogach szybko zakładam sukienkę dresową i getry. Matko, mogę wyjść… Ocieram czoło zroszone kacowym potem i wychodzę na duszące warszawskie powietrze. Marzy mi się tłuste angielskie śniadanie- takie z fasolką, mięciusim masełkiem, puchowym omletem i delikatnie podsmażonym boczkiem… Owe śniadania powinny być reklamowane na bilbordach mniejszych ulic. Nie mogą być podawane na deskach do serwowania i MUSZĄ mieć cenę zaokrągloną do pełnych złotówek. Nic tak nie dobija jak pyszne kacowe śniadanie, które kosztuje 18,90… Szukanie w portfelu lub po kieszeniach drobniaków może tylko dodatkowo frustrować. Takie śniadanie musi kosztować 20 zł lub co najwyżej 25zł. Do zestawu obowiązkowo bezpłatna woda a na życzenie za 5 zł kawa. Czarna. Po kacowym śniadaniu tylko czarna.

Po bardzo udanym śniadaniu (niestety bez fasolki) jestem w stanie niedalekim do błogości. Może nawet uda mi się przepracować na nogach cały dzień. Chwała za knajpki w środku miasta serwujące obfite śniadania. Chwała za omlety. Chwała za kawę. Pozostaje tylko za to wszystko wypić 😉 Ale to może za rok.











Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.