Chomikowa w ogniu pytań

Mother’s Day angry jennifer aniston facepalm face palm
źródło: giphy.com

Znacie mnie już trochę. Nawet odrobinę więcej, niż „trochę”. Wiadomo, że jestem wielkim, chodzącym rozsądkiem. Czas, kiedy moim życiem rządziły emocje minął wraz z ukończeniem studiów. Praca zawodowa, porażki miłosne i inne tego typu bzdury 😉 nauczyły mnie kierować się ROZUMEM i humorem.
Powodów do wyśmiania nie mam tu zbyt wielu, więc w tej całej Grecji pozostaje rozsądek 😉
Czytaj dalej Chomikowa w ogniu pytań

winna wina

źródło: własne
źródło: własne

Pamiętacie Zaślepionego i Moją Blondynę? http://niecodzienne-notatki.blog.pl/2015/11/16/zakochana-blondynka-i-swietlana-przyszlosc-chomikowej/ Blondyna zakochana po uszy, chodziła przez prawie miesiąc jak w skowronkach i co drugi dzień mi dziękowała za to, że dałam jej motywującego kopa w tyłek. Miała być miłość, miał być ślub i szczęśliwa Chomikowa. A wyszło jak zwykle 😛
Spotykam się z Blondyną gdzieś na mieście. Zbankrutuję przez to zamiłowanie do sweterków i spódniczek :/ Coś mi się Blondyna jakaś sztywna zrobiła. Aż boję się zapytać o cokolwiek a już na pewno o Zaślepionego…
1,2,3… Dajesz, Chomikowa!
-Dobra, gadaj. Widzę, że coś jest nie tak.
-Nie wiem, czy chcę o tym rozmawiać…
Świetnie. Po prostu pięknie. Znów muszę z niej wszystko wyciągać, chociaż sama nie wiem czy jest sens, bo coś czuję, że szlag mnie trafi a po co? Taki piękny dzień, słońce świeci, Poliglota nie odzywa się już drugi dzień, nowy sweterek w reklamówce. Życie jest piękne!
Nie jest.
-Chomiczku! On mnie zostawił!- Zalewa się łzami.
-Matko kochana! Nie rycz, ja cię błagam, bo zaraz będą dwie zapłakane na środku ulicy a to nielogiczne- błagalnym głosem przemawiam do Blondyny.
-Tak, wiem. Muszę być dzielna. Ja czułam, że tak będzie. Wiedziałam, że jak tylko pozwolę sobie na to wszystko, to będzie jak jest! Wiedziałam, Chomiczku!
A ja do cholery NIE WIEDZIAŁAM. Byłam przekonana, że skoro facet łaził za nią ponad 3 lata i w końcu wyłaził swoje, to skończy się to rychłym ślubem. Jak Rodzicielkę kocham! Oddałam temu facetowi całą swoją wiarę! I co?! I teraz jestem „niewierna”. I czuję się cholernie winna, bo to ja ją do tego nakłoniłam. To ja jej powiedziałam, że to musi być TO. Że skoro facet tyle łaził w nią wpatrzony, to nie zrobi jej krzywdy. No SZLAG BY TO!!!
-Ale co ci powiedział? O co chodzi? Przecież jeszcze w Święta cię zapraszał do rodziców! Przecież mieliście jego mieszkanie sobie zrobić dla siebie! Oświeć mnie, bo chyba błądzę w ciemnościach jeszcze większych, niż ty.
-Nie wiem, Chomiczku- pochlipuje- pod domem jak się żegnaliśmy, powiedział mi, że chyba ta wielka miłość, którą mnie darzył jeszcze kilka lat temu już nie wróci, i że musimy zwolnić tempo.
Gorąco mi. Jakbym miała 20 lat więcej, to bym się nie dziwiła uderzeniami gorąca, a tak… Za młoda na to jestem. Za młoda na te wszystkie rozczarowania dookoła…
-A co ty mu powiedziałaś?
-Nic, wybuchnęłam płaczem i uciekłam do domu.
-No tak. Nie rozwinęłaś się zbytnio w swojej wypowiedzi… Odzywał się do ciebie od tego czasu?
-Nie, Chomiczku. I dobrze. Ja nie mam na to siły. Ja się naprawdę zakochałam i znów muszę przez to wszystko przejść…- mówi przez te swoje łzy.
-No już. Będzie dobrze. Pójdziemy na zakupy i będzie dobrze- głaszczę ją po tej małej, załamanej blond główce.
Kretyn skończony (żeby nie rzec dosadniej). Głowę  zawracał tyle lat.
-Mała, ja cię przepraszam, że tak cię namawiałam na to, ale naprawdę myślałam, że to ostatni porządny facet na tej planecie. Przepraszam…- Naprawdę czuję się winna. Mea culpa. No cholerna mea…

-Ty mnie nie przepraszaj, tylko teraz zrób, co mi obiecałaś w razie niepowodzenia.
-Dobrze. Oczywiście! Jasna sprawa! Jutro wino u mnie. Zostaniesz na noc.
Wino. Trzy co najmniej. I dobre jedzonko muszę zrobić. I ciasteczka jakieś… Dużo ciasteczek…
MUSZĘ SIĘ NAUCZYĆ GOTOWAĆ.
———————————-
Zapraszam na fb 🙂 Tam jest weselej 😉

„wybitne” zdolności Chomikowej


Walczę z kompleksami. Dwoma największymi. Pierwszy to kompleks wyższości (jasna sprawa) a drugi to umiejętności językowych a raczej ich brak. Z moim wzrostem nic się nie da zrobić, więc już się z tym pogodziłam. Natomiast jeśli chodzi o umiejętności językowe, to staram się z moimi kompleksami walczyć, bo uważam że nieznajomość choćby jednego języka obcego w dzisiejszych czasach, to wstyd a znajomość tylko jednego o niczym wielkim również nie świadczy. Teraz powinno się znać znakomicie angielski, bardzo dobrze niemiecki i dobrze jakiś inny język ( w modzie jest szwedzki, węgierski, fiński, norweski czy inny typu „szybciej żyły sobie powygryzam, niż się tego nauczę”). Takie realia niestety. I co mają począć takie biedne żuczki, jak ja na przykład, kiedy nauka języków idzie im BARDZO opornie…? Angielskiego uczę się już jakieś 15 lat i nadal nie mogę zrozumieć wszystkiego, co mówi do mnie rodowity londyńczyk… Francuski znam na poziomie „tak, tak… prawie panią rozumiem, ale tak naprawdę, to nie mówię po francusku”. I co z tego, że się staram i że chcę? Może jakbym mieszkała na stałe w jakimś obcojęzycznym kraju, to bym to ogarnęła, ale tak… Boli mnie to, BARDZO. Chciałabym bez większego problemu przyswajać obce słówka i zwroty. Chciałabym mieć po prostu TALENT do nauki języków obcych. Albo na litość boską JAKIKOLWIEK inny talent. A tu dupa.
Talentu muzycznego u mnie brak. Może i jakieś poczucie rytmu mam i pogibam się na dyskotece, ale nic poza tym. Nauka gry na pianinie skończyła się spazmatycznym płaczem przy próbie zaliczenia u pani profesor kolędy. Rysować, malować czy czegokolwiek innego plastycznego również nie jestem w stanie wykonać i to wiedziałam już od momentu, kiedy  w wieku 8 lat narysowałam Rodzicielce Gacka i Wacka a tę ogarnął taki śmiech, że aż zrzuciła talerz ze stołu. Wybitym sportowcem również nie zostałam. Pamiętam, jak w wieku 13 lat na koloniach nie byłam w stanie wejść na konia. Musieli mnie podsadzać. Rodzicielka do tej pory przy trafieniu na zdjęcie przedstawiające konia, zalewa się łzami niepohamowanej radochy. O jakimś talencie konstrukcyjnym też mogę zapomnieć. Złożenie głupiej szafki pod zlew stanowi dla mnie wyzwanie na cały dzień. A instrukcja obsługi mówi jasno i wyraźnie „czas składania- 30 minut” (dla Chomikowej 30 minut każdego dnia przez kolejny miesiąc). I tak żyję na tym świecie jak ostatnia sierota.
Wczoraj zadzwonił do mnie znajomy. Nienawidzę go. Nienawidzę go dlatego, bo nauka języków to dla niego pikuś. Doskonale zna język węgierski (!!!!) i angielski. Ostatnio wspominał, że podczas 5 miesięcznego pobytu w Serbii nauczył się tego języka na poziomie swobodnie-komunikatywnym. NIENAWIDZĘ GO.
-Co tam u ciebie, Chomikowa? Co ty w ogóle porabiasz po tej Bułgarii?- pyta znajomy, którego NIENAWIDZĘ 😛
-Nic specjalnego. Łażę na kursy językowe, trochę pracuję.
-A po co ci kursy? Przecież znasz angielski, prawda?- po czym zaczyna do mnie mówić w tymże języku i to z bardzo dobrym akcentem. Ja się zawstydzam kompletnie i wolę się nie pogrążać, więc odrobinkę zmieniam temat.
-Zazdroszczę ci tego, że tak łatwo ci idzie nauka języków. Nawet nie wiesz jak bardzo.
-Eee tam łatwo. Trzeba tylko trochę chęci i każdy się nauczy.
Pieprzy bzdury i już mnie drażni.
-No wiesz, ja tam mam sporo chęci i jakoś podczas mojego pobytu w Bułgarii jestem w stanie wyrecytować może ze 4 zwroty w tymże języku i kilkanaście słówek. WSZYSTKO. Brawa możesz zacząć bić później. To chodzi o jakieś predyspozycje albo inaczej zwany talent.
-Chomikowa, ale co to za drugi język, którego tak namiętnie się uczysz?
Z lękiem odpowiadam, że francuski…
-J’aime bien parler avec toi- mówi do mnie z pięknym francuskim akcentem.
……………………
Dobił mnie. Dobił mnie KOMPLETNIE. Do oczu zaczęły mi napływać łzy i nie wiedziałam, jak mam z nim rozmawiać. Jestem kompletną idiotką. Niczego nie potrafię tak naprawdę dobrze. Jestem chodzącym beztalenciem. Nawet nie potrafię kota narysować. NIC. Jakoś się wymiguję udaje mi się zakończyć naszą komiczną konwersację. Przy okazji zalewam się łzami.
Jak na złość akurat Rodzicielka przyszła do mnie po głęboko schowanego Grześka.
-Jezu, Dziecko! Co się stało? Dlaczego płaczesz?
-Bo jestem chodzącym beztalenciem! I nawet nie próbuj zaprzeczać! Tyle lat się uczę języków i NIC a potem dzwoni taki jeden do ciebie i się okazuje, że zapierdziela przynajmniej 4 językami „ot tak” i właśnie dzięki temu dostał zajebistą pracę w Hiszpanii. A ja co?- NICO.
-Dziecko, co ty gadasz? Jest wiele rzeczy, które świetnie robisz!
-NIBY JAKIE??? OŚWIEĆ MNIE!
-Jejuuu, no wiesz… -zamyśla się niebezpiecznie- na przykład trawę pięknie kosisz! Na całym osiedlu nikt tak pięknie nie ma skoszonej trawy, jak my.
Uszom własnym nie wierzę.
-I pięknie odśnieżasz! Zawsze mamy cudnie odśnieżone podwórko i podjazd.
-Świetnie! Jeszcze mi powiedz, matka, żebym się rozwijała w tym kierunku!
-No wiesz… myślę, że sąsiedzi byliby zachwyceni.

Ostrzegam, że poklepania po plecykach nie potrzebuję 😛

pisane z plaży…

źródło: własne
źródło: własne

Siedzę na jednej z najładniejszych plaż w okolicy. Obok mnie zapłakana Rosi. Wzięłam ją na krótką wycieczkę, bo dziewczyna już nie daje rady.
-Chomikowa, ja już nie mogę. Cały czas jestem sama. Nie poznaję tych ludzi. To jest mój kraj, ale ja tych ludzi nie poznaję. Nie wiem co się dzieje… Ale ja nie poznaję tych ludzi i nie poznaję siebie. Chcę wrócić do domu…- chlipie mi na tej pięknej plaży. A ja nie wiem, co mam jej powiedzieć i co doradzić… Bo ja ją rozumiem. 

-Rosi, ale ja cię proszę… Zobacz, że to już końcówka… Jeszcze kilka tygodni i już będzie koniec. Zostań chociaż dla mnie i dla pieniędzy- próbuję ją motywować czym tylko się da 😛 Poza tym zobacz, że nie jest tak źle- co tydzień przyjeżdża do ciebie twój facet. Za 2 tygodnie przyjadą twoi rodzice. Chociaż masz kontakt z bliskimi. Niektórzy nie mają nawet i tego 😛 Niektórzy nawet języka tutejszego nie znają, więc się mordują z tymi tutaj, którzy po angielsku to jednak NIEKONIECZNIE.
Dałam jej do zrozumienia, że Chomikowa ma powody do zalania się łzami, ale twardo siedzi z tyłkiem na miejscu, bo nikt nie mówił, że będzie „lekko, łatwo i przyjemnie”. 😛 A nie lubię się poddawać.
-Spoko, Chomikowa, zrozumiałam. Faktycznie może być gorzej- i już się dziewczę zaśmiewa. Proszę… jednak jak człowiek sobie pomyśli, że inni mają gorzej, to jakoś im się lżej robi na żołądku 😛

Rozglądam się po plaży. Tyle uśmiechniętych twarzy, tyle rodzin z dziećmi, tyle spokoju, lenistwa i poczucia szczęścia. I ja z tą zapłakaną Rosi. Kompletnie tu nie pasujemy i to mnie boli. Jesteśmy, jak dwie zgniłe wisienki na torcie czekoladowym.
Jeśli nawet Rosi mówi, że nie poznaje swoich rodaków, to coś w tym musi być. Ja swoich rodaków też nie poznaję. Zresztą wszyscy mnie tu zaskakują. Może to wina tego miejsca? Może to ta walka o przetrwanie?
Nie mogę już patrzeć na ludzi, którzy nie potrafią zakończyć dnia bez litra alkoholu i bez wypalenia trawki. Jak nie potrafią sobie radzić z emocjami i stresem, to co tu robią kolejny sezon?
-Chodź, Chomikowa zapalimy i się zabawimy!- tak rymując proponuje mi relaksik znajomy…
-Ja już wiem jak ty się będziesz chciał zabawić.. Wybacz, ale na najbliższą noc już mam inne plany.
transfer na lotnisku na przykład 😛
-No coś ty! Chomikowa! Jak ty się nie rozluźnisz, to tu zwariujesz. A ja ci proponuję świetny relaks.
No nie wątpię,…
Chyba jednak wybiorę odpoczynek u siebie w łóżku.
Zresztą sex shopów jest tutaj pełno. Na każdym rogu kolejny. Wybór relaksu pełen wachlarz 😛

Poza tym zawsze mogę jechać z Rosi na piękną plażę. I zalać się łzami razem z nią 😀 😛

gdy w pracy chce się płakać…

źródło: www.kamudan.com
źródło: www.kamudan.com

Powoli odzyskuję swój psychiczny spokój. Minął tydzień od podpisania wypowiedzenia a ja się czuję , jakby z klatki piersiowej ktoś zdjął mi stukilogramowy ciężar. Przyszedł czas na podsumowanie mojej 3-latniej kariery w budżetówce i definitywne pożegnanie się z cyrkiem.
Kiedy zostałam przyjęta do pracy, na korytarzu popłakałam się ze szczęścia. „Chomikowa! To twoja szansa! Zdobędziesz doświadczenie, zmienisz swoje życie i powoli zaczniesz swoje życie zawodowe rozwijać”- naiwnie sobie myślało dziewczątko…

Wynagrodzenie odrobinę niższe, niż w oświacie, ale to miało być na początek. Myślałam, że przemęczę się przez rok, gdzieś sobie będę dorabiać, pokażę na co mnie stać i może dostanę chociaż ze 150 zł podwyżki. Nic bardziej mylnego. Ale od początku.
Myślałam, że zostałam przyjęta do pracy, bo dziewczyna z mojego miejsca odeszła lub została zwolniona. Otóż nie- została odsunięta od tego stanowiska, bo za dobrze dogadywała się ze swoim szefem i była solą w oku oślicy. Wprowadziła mnie do pracy poprzedniczka. Przez jeden dzień nie można dowiedzieć się wszystkiego, ale musiało mi to wystarczyć. Na szczęście na tym samym piętrze pracowała Pozytywna (pracownik działu oślicy), która dawała mi wiele rad i poprawiała, to co ewentualnie zrobiłam źle. Miałam też normalną kierowniczkę i nawet udawało mi się przełamać pierwszą niechęć szefa do mojej osoby.
Po miesiącu polecenia zaczęła mi wydawać kierowniczka innego działu- oślica.
-Masz tu do mnie przyjść i przygotować tabelki.-takie z reguły odbierałam telefony. Pytałam się mojej kierowniczki o co chodzi i że to chyba nie jest normalne, że polecenia wydaje mi ktoś z zupełnie innego działu. Poradziła mi, żebym lepiej zaczęła się do tego przyzwyczajać, jeśli nadal chcę pracować.
Ahaaaa……..
Do pracy przychodziłam najczęściej z dobrym nastawieniem. Starałam się jak mogłam, nie spóźniałam. Czasem zostawałam dłużej, bo chciałam mieć wszystko dobrze przygotowane na kolejny dzień. Dawałam z siebie ponad 100% a w zamian otrzymywałam uśmiech szefa i zawsze miłe słowo. Tak zdobywałam zaufanie innych pracowników, którzy coraz częściej zaczęli mnie ostrzegać przed oślicą i przed ogólnie panującym rygorem. Pamiętam jak szeroko otworzyłam oczy, kiedy koleżanka z działu poinformowała mnie, że właśnie pisała wyjaśnienia do Najwyższego z tłumaczeniem 10-minutowego spóźnienia do pracy (małe dziecko bardzo jej się rozchorowało przez co spóźniła się na autobus). Prawie codziennie dochodziły do mnie informacje  o tym, co się tak naprawdę w tej administracji dzieje. O tym, jak bardzo trzeba uważać na jakikolwiek błąd i na jakiekolwiek słowo. Zaczęłam się troszkę niepokoić, ale wszystko jak do tej pory odbywało się koło mnie. Aż do pewnego dnia…
Poszłam z papierami do Pozytywnej i tam zastałam oślicę.
-Czy możesz mi wyjaśnić dlaczego to pismo już wyszło na zewnątrz?!
Patrzę cała w nerwach na tą kartkę papieru i jestem ciężko zaskoczona, że pismo, na które pisałam odpowiedź zaledwie godzinę temu już wyszło na zewnątrz. Dokonuję absurdalnie szybkiej analizy i uzmysławiam sobie, że to szef musiał jakoś załatwić wysłanie tej odpowiedzi.
-To chyba szef musiał je puścić, bo ja je miałam przygotowane na jutro. Nie wiedziałam, że będzie sobie życzył natychmiastowego wysłania odpowiedzi- odpowiadam grzecznie i zgodnie z prawdą.
-Ty NIC nie chcesz wiedzieć! Nic do ciebie nie dociera co do ciebie mówię! Takie pisma muszą najpierw przejść przeze mnie a nie ty je sobie wysyłasz jak chcesz!- i tak mnie opieprza przy dziewczynach z jej działu. Próbuję w odmętach mojej świadomości przypomnieć sobie JAKĄKOLWIEK rozmowę z oślicą na JAKIKOLWIEK temat i za cholerę NIE MOGĘ SOBIE PRZYPOMNIEĆ. Zawsze wydawała mi tylko krótkie polecenia przez telefon. ŻADNEJ rozmowy nigdy wcześniej ze mną nie przeprowadziła.
-Proszę na mnie nie wrzeszczeć, bo ja nic nie zawiniłam i tak naprawdę nie wiem o czym pani do mnie mówi, bo nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy na temat wysyłanych pism.
Dziewczyny z jej działu sztywnieją. Mają kompletne przerażenie wypisane na twarzy .
-I jeszcze bezczelnie kłamiesz! To ci nie udzie płazem!
Trzasnęła tyłkiem i poszła na skargę do Najwyższego. Nihil novi.
A ja wyszłam do siebie z rykiem. Pierwszy raz w życiu ktoś się na mnie darł w pracy czy na studiach, czy w szkole. Pierwszy raz w życiu zostałam opieprzona za  coś, czego nie zrobiłam.
Nie minęły 2 minuty a już dzwoniła do mnie moja kierowniczka mówiąc, że właśnie otrzymała telefon od Najwyższego z informacją o mojej niesubordynacji.
Świetny czas! Mogliby wymyślić nową dyscyplinę na Olimpiadzie a tamci mieliby na bank przewagę nad pozostałymi zawodnikami…
Po pół roku pracy omówiłam z moją kierowniczką kwestię mojego urlopu. Uznałyśmy, że najlepiej będzie jeśli na urlop pójdę w tym samy czasie, co szef. Poszłam. Moja kierowniczka dostała naganę za udzielenie mi urlopu a moim przełożonym stała się oślica… Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego. Liczyłam po cichu, że to nigdy nie nastąpi, ale jednak… Każdy mnie ostrzegał. Inni mówili, że będą się za mnie modlić 😛 Oślica wezwała mnie do siebie i powiedziała, że przez takie rządy, które wprowadzam sobie poza jej plecami z moją kierowniczką, ona będzie teraz wydawać mi polecenia i szef oczywiście.
Miałam łzy w oczach.
-Przynieś mi no ten… no wiesz.- i waliła słuchawką od telefonu.
-Nie to! Czy ty w ogóle myślisz?!
-Ale to gdzie ja mam to podpisać? Jako kto?! Jak to nie wiesz?! Od czego ty tu jesteś?
Od stawiania tarota, co by mi wyjaśnił co ty masz w tej mózgownicy, bo racjonalne myślenie w tym wypadku odpada…
Biegałam pomiędzy jej pokojem a pokojem mojego szefa. Kondycję miałam świetną 😛 Po jakimś miesiącu pod pretekstem nauczenia się nowych rzeczy z nowego działuzostałam przeniesiona do pokoju, w którym pracowały dziewczyny już z mojego nowego działu. Co 2 tygodnie któraś z dziewczyn przechodziła pracować z moim szefem a ja się „uczyłam”. Byłyśmy przestraszone, bo tak naprawdę nie wiedziałyśmy o co chodzi. Nie wiedziałyśmy, czy któraś z nas ma być zwolniona, czy po prostu przeniesiona na inne stanowisko. Atmosfera była fatalna. Oślica przybiegała do naszego pokoju za każdym razem, gdy dzwonił telefon. Stała, przysłuchiwała się, po czym wyrywała telefon z ręki i dalej sama kontynuowała rozmowę. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałam z kierowniczką innego działu przez telefon. Próbowałam na spokojnie wyjaśnić jakąś sporną kwestię zebrania. Oczywiście wszystko usłyszała tamta. Wyrwała mi telefon z ręki i nie przedstawiając się zaczęła mówić:
-Czy pani w ogóle pamięta, co się do pani mówi? A może jak zwykle będzie pani udawać, że o niczym pani nie pamięta? Już ja o wszystkim powiem Najwyższemu! – i rzuciła słuchawką.
Na moje nieszczęście głos przez telefon miałyśmy podobny… W ciągu dwóch godzin przyszła od tej kierowniczki na mnie skarga, w której cytowano słowa oślicy. Tamta rzuciła mi skargę na kolana i powiedziała z kpiną w głosie:
-Skarga na ciebie. Brawo. Musisz odpowiedzieć.
Byłam taka załamana i przestraszona, że nie wiedziałam co mogę zrobić innego, więc na skargę odpisałam…
Po niecałych dwóch miesiącach tego zamieniania stanowiskami zafundowali nam przeprowadzkę do innych pomieszczeń. Po co? Tego do tej pory nie wiedziałyśmy. Na szczęście mogłam nadal zajmować się sprawami szefa, ale nie mieliśmy szansy zostać w jego pokoju choćby na chwilę sami, bo zawsze w tej samej chwili do jego gabinetu przybiegała oślica. I stała, udając, że chce się czegoś dowiedzieć. Oczywiście, że chciała się czegoś dowiedzieć. Czegoś, o czym mogłaby szybko poinformować Najwyższego.
Kiedy mojego szefa oddelegowano do pracy powiedzmy w innym „oddziale”, mnie postraszono zwolnieniem.
-Masz ostatnią szansę! Masz o wszystkim informować swoją kierowniczkę!- tak mi wrzeszczał Najwyższy i machał wypowiedzeniem jak szabelką.
-A jakie ma pan zastrzeżenia do mojej pracy?-zapytałam resztkami racjonalnego myślenia.
-Czy ty słyszysz co ja do ciebie mówię?! Ostatnia szansa!- brzmiała odpowiedź na moje pytanie. I jaka furia! Skakał po tym gabinecie, darł się! A ja stałam jak ta sierota i nie wierzyłam własnym oczom.
No to wiedziałam, że muszę zacząć szukać innej pracy, bo donosiciela ze mnie nie ma i NIE BĘDZIE. Brzydzę się nieczystą grą. Pionkiem w takich gierkach nie będę. Choćbym miała zęby wbić w ścianę NIE BĘDĘ. NIGDY.
Chwilę później oślica zorganizowała nam zebranie, w którym na próbę zmylenia zawodnika udawała naszą największą przyjaciółkę. Bo jak to ona dba o nas, jak zawsze o nas walczy, jak nas broni, i że jesteśmy w tej robocie najważniejsze. A w ramach „wdzięczności” za to jak się dla nas poświęca mamy mieć, cytuję „uszy szeroko otwarte i o WSZYSTKIM natychmiast informować”. Czy ktoś zauważył podobieństwo do polityki prowadzonej przez takiego jednego rządnego władzy w Europie dżentelmena????
Komedia.
Później znów zostałam przeniesiona tym razem do pracy z Maczo.  Tyle było w tej mojej przeprowadzce dobrego, że nie widziałam oślicy, która znów poniża Pozytywną mówiąc jej, że nadaje się tylko do wycierania podłogi. Po raz nie wiem który uczyłam się czegoś nowego nie mając oczywiście zmniejszonych starych obowiązków. Raz jeden chciałam iść na szkolenie, za które sama sobie chciałam zapłacić. Napisałam podanie z prośbą o udzielenie 5-dniowego urlopu szkoleniowego.
-Ty sobie chyba żartujesz? Sama podejmujesz decyzje na jakie szkolenia chcesz iść?
-Chcę dobrze wykonywać moją pracę.
-Wiesz co? Jak ty coś powiesz, to mnie ręce opadają.
Odwróciłam się na pięcie i z gabineciku wyszłam. Znów płacz. Wściekłość, poczucie poniżenia.
2 tygodnie później miałam wypadek. Pamiętam, kiedy na wózku inwalidzkim, cała obolała, z trudnością w oddychaniu zerkałam przez okno i myślałam, że zdecydowanie wolę być tutaj- w szpitalu z tym bólem wszystkiego, niż siedzieć w pracy. Nikomu nie życzę takiej pracy. NIKOMU.
Wierzę, że kolejna rzecz, którą chcę się zająć zawodowo przyniesie mi w końcu satysfakcję. Ktoś mi tu napisał, że teraz wezmę się za siebie choćby po to, żeby zrobić innym na złość; żeby funkcjonować wedle idei „ja wam pokażę”. I coś w tym jest 🙂

moja ogródkowa twórczość ;)
moja ogródkowa twórczość 😉

Wiecie jaką miałam satysfakcję, kiedy kilka dni temu mijałam na ulicy oślicę i po prostu przeszłam obok? Pierwszy raz w życiu udałam, że kogoś nie znam. Z podniesioną głową 🙂