ze stolicą się nie zaprzyjaźniłam

Na weekend wybrałam się do Warszawy. Na kurs szkoleniowy, który miał się odbyć w Centrum Szkoleniowym na ulicy Pankiewicza, czyli jakieś 200 metrów od Dworca Centralnego. Pierwszy raz od ponad 10 lat (nie licząc oczywiście wizyt na Lotnisku Szopena) byłam w Warszawie i pierwszy raz od ponad 10 lat wsiadłam w pociąg… Ależ to się tyłek Chomikowej zrobił wygodny, od kiedy posiada swe ukochane Pędzidło 😛 W pociąg wsiadałam bardzo przygotowana do podróży- mapka, która miała mi pomóc dotrzeć do miejsca docelowego, zarezerwowany hotel, wypisane linie autobusowe, którymi dotrę do hotelu oraz niepoliczalne pokłady nadziei na zdobycie wymarzonej pracy po tymże 2-dniowym kursie. JA NIE DAM RADY? Byłam sama na wakacjach w obcej mi Grecji, więc czemu nie miałabym sobie poradzić w stolicy mojego kraju???IMG_20150222_203304
Sam pociąg bardzo pozytywnie mnie zaskoczył 🙂 Czysto, schludnie i PRZESTRONNIE, co jest przy moim wzroście niezmiernie ważne 😛 W moim wagonie jedynymi pasażerami przez dłuższy czas była para Ukraińców. Jakże by inaczej. Pytali się mnie o setki różnych rzeczy… Do tej pory nie wiem jakim cudem się zrozumieliśmy 😛
Elegancko dotarłam do stolicy wczesnym rankiem. I tu się zaczęło robić pod górkę. Wydostanie się spod ziemi na powierzchnię zajęło mi chyba z 10 minut 😛 Błądziłam po tych podziemiach jak kompletna idiotka 😛 Co nie wyszłam na górę, to na pewno nie na tą stronę ulicy, na którą chciałam 😛 Czas zaczął mi zaciskać pętlę na szyi. Kiedy w końcu szczęśliwie się wydostałam na drugą stronę Alei Jerozolimskich, problemem stały się KIERUNKI… Wydrukowana mapa nie mówiła mi w którą mańkę mam się kierować… To znaczy- ja nie potrafiłam swojej pozycji na tej cholernej mapie odnaleźć 😛
-Przepraszam panią bardzo- zaczepiam przechodnia jak ostatnia żebraczka- którędy mam się kierować, żeby dojść do ulicy Pankiewicza?
-Pankiewicza? Nie mam pojęcia!
Okej. Następny.
-Przepraszam, jak dojść…?
-Oj, ja nie stąd! Nie wiem!
Nie poddaję się.
-Przepraszam pana, gdzie jest Pankiewicza?
-Pankiewicza? A to gdzieś tutaj?
-Jakieś 150-200 metrów stąd, proszę pana.
-Niemożliwe-odpowiada mi.
NIE WIERZĘ.
Zaczepiłam 7 osób. Aż dziw bierze, że mnie policja nie zgarnęła za zakłócanie porządku 😛 Nikt nie był w stanie mi powiedzieć gdzie jest ulica obok której praktycznie każda z tych osób przechodziła. Krokiem ostatecznym było włączenie GPSa w telefonie. Jakbym miała pokonać odległość 100 km 😛 Dotarłam na miejsce w ciągu 4 minut.
Sobotnie zajęcia skończyły się wieczorem. 10 godzin zajęć i tylko 3 godziny snu mocno zaczęły mi się odbijać czkawką. Przede mną wyzwanie numer 2- przedostać się autobusem na Mangalię do hotelu. W pobliżu Dworca Centralnego jest chyba z 1000 przystanków autobusowych. Jestem naprawdę zmęczona i zastanawiam się, czy nie wziąć taksówki. Ale ja lubię wyzwania 😛 DAM RADĘ.
-Przepraszam cię bardzo- zaczepiam jakiegoś chłopaka- Na który przystanek mam się udać, żeby dojechać na Mangalię?
-Gdzie? A co to jest Mangalia?
Nie wierzę…
Atakuję inną panią stojąca na przystanku autobusowym.
-Proszę pani, chciałabym dotrzeć na Mangalię. Wiem, ze dojadę tam autobusem linii…
-Mangalia? A gdzie to jest?
-Jakieś 15 minut drogi stąd-odpowiadam z rezygnacją, bo czuję, ze to w ogóle nie ma sensu…
-A to ja pierwsze słyszę.
Cholerna Warszawa! Chcę do łóżka! Byle jakiego, ale ŁÓŻKA!
W końcu sama odnajduję autobus, w który muszę wsiąść. Jak zwykle „Umiesz liczyć? -licz na siebie”.
Ostatnią kłodą rzuconą pod nogi był zakup biletu autobusowego. Akurat biletomat a moim autobusie bilonów nie obsługiwał. Szlag by to wszystko!
Zagaduję do pasażerki, która na pewno nie jest emerytką i nie ma darmowych przejazdów:
-Proszę pani, jak inaczej kupię bilet, skoro tutaj..
-Oj, proszę pani! Ja to nie wiem!
Aaaaa!!!! Chomikowa, oddychaj spokojnie. Ogarniesz to wszystko.
Druga pasażerka to samo… radzi mi pytać kierowcy.
Atakuję.
-Proszę pana, chciałabym kupić normalny bilet u pana.
Szaleństwo! Mam bilet! Tylko jak to skasować! To jakiś absurd! Przecież poruszam się autobusami i tramwajami! Umiem kupić bilet i umiem go kasować! Ale nie tutaj…
-Proszę pani… czy może mi pani powiedzieć co ja mam z tym kawałkiem kartki teraz zrobić? Ja przepraszam… Czuję się, jakbym z jakiejś najgłębszej wiochy wsiadła pierwszy raz w autobus a ja przecież z dużego miasta, ale to mnie PRZEROSŁO.
Dziewczyna się zaśmiewa i pomaga mi skasować bilet.
-Proszę pani, w każdym mieście jest zupełnie inaczej, więc ja rozumiem, że może pani nie wiedzieć.
CHWAŁA!
Do hotelu docieram o 20.00. Nie- ja nie docieram. Ja się tam doczołguję jak żołnierz z najcięższej bitwy. Otwieram upragnione drzwi do hotelu i… przed recepcją widzę stado Ukraińców. Dzieci, młodzież, starsi, rodziny, samotni… chyba z 70 osób. Jednak wojna???
Z rozpaczą rzucam torbę i kucam przy wejściu. Twarz chowam w dłoniach. Obraz nędzy i rozpaczy. Cała Chomikowa 😛 Przecież ja się nie dostanę do pokoju do godziny 1 w nocy! Chce mi się płakać. Chcę wziąć prysznic. Chcę wejść pod kołdrę. Po minucie się ogarniam i nacieram przez tłum na recepcję. Zlinczują mnie i ukamienują, jak NIC. Kto wie czy po drodze jeszcze nie zgwałcą 😛
-Proszę pani! Mam opłaconą rezerwację na nazwisko Chomikowa!- krzyczę w tym tłumie do recepcjonistki.
-Widzi pani, co się tutaj dzieje, zaraz panią obsłużę.
-Widzę właśnie i to mnie przeraża, ale jeśli w ciągu 10 minut nie będę w pokoju, to przysięgam pani, że się popłaczę- straszę dziewczynę.
Strach jednak największą siłą perswazji 😛 Jestem w pokoju w ciągu 5 minut 🙂

Następnego dnia mam chwilę, żeby troszkę poplątać się po stolicy. Jestem oszołomiona ilością młodych ludzi. Ba! Jestem oszołomiona ilością przystojnych facetów! Głowa odwraca mi się we wszystkie kierunki! 😀 Jednak to nie jest to, że ja jestem niezmiernie wybredna. U mnie w mieście po prostu nie ma na czym oka zawiesić… Może powinnam w tej Warszawie zamieszkać? Może jednak jakoś uda nam się dojść do porozumienia? 😉

Warszawę żegnam mało przyjemnym dialogiem z kasjerką na Dworcu Centralnym. Z racji, że kurs skończył mi się 20 minut wcześniej, zdążyłam na wcześniejszy pociąg do domu.
-Proszę pani, chciałabym ten bilet zamienić na wcześniejszy pociąg na godzinę 17.00, da radę?- pytam uprzejmie.
Pani w nerwach bierze bilet i bez słowa coś tam mi kreśli.
-Na przyszłość niech pani się 10 razy zastanowi, czy kupować bilet z wyprzedzeniem, bo to tylko jest więcej bezsensownej roboty. Ci młodzi to teraz w ogóle już nie szanują pracy innych- mówi do mnie kasjerka…
Już mam ochotę przepraszać za to, że w ogóle żyję i oddycham, ale jednak uznaję, że tym razem nie dam zrobić z siebie sieroty.
-Z tego, co ja wiem, to jest to pani zakres obowiązków, więc nie rozumiem tych nerwów. Jak ja bym tak traktowała klientów, to 5 razy by mnie zwolnili z roboty. „Ci starsi to jednak w ogóle nie szanują swojej pracy”.
Nadęła się.
Ja również.
Pognałam do pociągu.
Z kim siedziałam w przedziale? – z Ukrainką rzecz jasna…
——————————————————————–
1. Przypominam o polubieniu bloga na fb 🙂
2. W zakładce „zrecenzowane przez Chomikową” znajduje się kolejna recenzja. ‚Nie dla Ciebie’.

94 odpowiedzi do “ze stolicą się nie zaprzyjaźniłam”

    1. Warszawa da się lubić;) Wystarczy zwolnić tempo, nie gnać na złamanie karku… Traktując Warszawę (tak jak i dowolne inne miasto na świecie) tylko jako miejsce wyścigu szczurów (praca, nauka – nieważne) można ją znienawidzić

    1. …pewnie trafiałaś na przyjezdnych… w sumie nic dziwnego – w piątek wieczorem wszystkie wylotówki stoją … 30% mieszkańców wraca wtedy do siebie …

      Chomik – było pisać… Pankiewicza to dziwna ulica na organizację szkoleń… Ale widzę, że skończyło się ono zanim okolice zostały opanowane przez pracownice pewnego bardzo starego zawodu…

      No i Stegny – z Centralnego rzeczywiście czasem ciężko się tam przebić…

      1. Phoenix… ja wylądowałam w Warszawie w sobotę o 7.30, więc trafiałam na ludzi, którzy raczej biegną do pracy. Chyba że miałam wyjątkowe „szczęście” i nawet statystyka pokazała mi środkowy palec i trafiałam jednak na przejezdnych. A co do Stegny, to jest tam banalny dojazd spod dworca- aż 3 autobusy tam dojeżdżają bezpośrednio. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie jest przystanek tychże autobusów 😉

        1. Powiedziałem – czasem… 😉

          Co do przyjezdnych – rzeczywiście o tej porze ciężko ich znaleźć;)

          Co do samych mieszkańców – mieszkam tu od urodzenia i dlatego będę bronił mojego miasta;)

          1. Ale tu wcale mocno nie musisz swojego miasta bronić 🙂 Ja się poruszałam tylko w obrębie 300 metrów i w okolicy hotelu, więc znam naprawdę maleńki procencik Warszawy 😉

        2. Przyjezdni bardziej znają Warszawę niż rodowici mieszkańcy. Ulic jest tyle ,że te w centrum często się mylą. 🙂 A obrażanie przyjezdnych nic nikomu nie daje i nie dało. Więc szanujcie siebie i innych.

        3. Też pierwsze słyszę o ulicy Pankiewicza czy tej jak jej tam Magnalii, choć w Warszawie mieszkam naście lat i miasto znam przyzwoicie. Małe to miasto nie jest, a Dworzec Centralny jest dużym punktem przesiadkowym, więc wielu nie wie jak nazywa się ulica za rogiem. A w tym rejonie niezorientowanych przyjezdnych jest masa, bo nie tylko Centralny (są tacy co codziennie dojeżdżają do pracy z Łodzi np), ale Śródmieście jest obok i też dojeżdżający spod Warszawy. Trafiłaś idealnie 🙂

    2. Witaj 🙂 A ja jestem warszawianką 🙂 i masz rację. Warszawa jest .. miastem wiochmenów. Niestety. Czekam do wiosny – wtedy każdy weekend jest piękny, ulice są puste, parkingi pod blokami też. To wiele mówi. Tak więc – Ci co nie wiedzą – gdzie Mangalia, Złota i Krakowska – raczej warszawiakami nie są.

      1. to samo bym powiedział o osobach, które nie wiedzą, że Grenadierów i Grochowska to ulice GROCHOWA, a nie jakiejś tam Pragi Południe…;) (nie ma czegoś takiego jak Praga Południe – ale to temat na dłuższą wypowiedź… w skrócie – to tak, jakby Gdańsk stykał się z Sopotem, jakiś urzędas wymyślił, że dzielnica graniczna należy do Sopotu… Kilka lat później inny urzędas wymyślił, że część Gdańska stykająca się z Sopotem powinna nazywać się Sopot-Wschód, a nie Gdańsk Żabianka… po kolejnych 30 latach i po zmianie władz spowodowanej wojną inny urzędas pisze, że Sopot-Wschód obejmuje cały obszar Gdańska, a z tego powodu, że jest Sopot-Wschód, to i Sopot trzeba przemianować na Sopot-Zachód… A po kolejnych 50 latach wszelkie akcje powrotu do starych nazw są olewanie przez urzędasów, bo ludzie się przyzwyczaili, bo rozbicie Sopotu-Wschód na uprzednie dzielnice to koszty administracyjne… Efekt jest taki, że sam jeden Grochów jest 2 razy większy od dzielnic z drugiej strony Wisły… ale według terminologii obecnie 95-tysięczny Grochów to osiedle, a 48-tysięczny Żoliborz, czy 28-tysięczny Wilanów to dzielnice… )

  1. Jak pierwszy raz wysiadłem na Centralnym to też za bardzo nie widziałem, w którą stronę mam się udać 😀 Wyjazdów służbowych do stolnicy też nie wspominam za dobrze, ale ostatni wyjazd rekreacyjny, przeznaczony tylko i wyłącznie na zwiedzanie wspominam fenomenalnie i jeszcze nim żyję.W końcu wróciłem dzisiaj przed 1 😀

  2. I to ponoć moja „Tfuuuuu..rczość” jest płodna. Chomiczek biegnie po złoto 🙂

    No dobra, niech stracę
    polubię blog fb jeżeli Ty polubisz ten mój
    😉

    1. Hahaha- polubienie za polubienie??? 😀 Jak wymiana karteczkami w podstawówce??? 😀 A miałam polubić Twojego bloga „ot tak”, ale teraz to się muszę mocno zastanowić ;P

  3. Chomikowa nie wierzę, spałaś w hotelu naprzeciwko mojego mieszkania:) Domyślam się, że w tym pierwszym z muszkieterów z widokiem na ulicę:) I nic nie powiedziałaś, że się wybierasz… Na kawę bym Cię gdzieś wyciągnęła:)
    Po pierwsze nie Magnalia tylko Mangalia i to jest tylko nazwa przystanku od małej uliczki, której praktycznie nikt nie zna:) Z Centralnego autobusy 522, 501, 519. Jednak ja to wiem tylko dlatego, że tam mieszkam. Jakbyś mnie zapytała o jakąś ulicę na Ochocie to też bym szeroko oczy otwarła. Tak to tutaj wygląda. Jak przez 18 lat mieszkałam w jednej dzielnicy i nie znałam połowy ulic dookoła. Za dużo tego, nazwy się zmieniają, nikomu to nie jest potrzebne. Najważniejsze są punkty orientacyjne. Pewnie jakbyś powiedziała, że chcesz dojechać na Sadybę od Sobieskiego to więcej ludzi by Ci umiało pomóc.
    Co do tych przystojnych facetów to ja chyba ich jakoś nie zauważam albo mi się opatrzyli.

    1. O, widzisz- dobrze, że mi zwróciłas uwagę na literówkę 🙂
      Jane, no popatrz- może nawet na przystanku autobusowym się minęłyśmy? 🙂 Gdybym wiedziała, że bedę miała choć ze 2 h na jakieś spotkania, to pewnie i bym dała znać (chociaż że jesteś ze stolicy to nie miałam pojęcia), ale ja miałam tylko 1 h przerwy na obiad i kurs do wieczora. Nie miałabym siły na cokolwiek w sobotę byłam w łóżku o 21.15.
      Wiesz- ja nie mówię, że macie tam przystojniaków jak słynny Maślak, ale jest na czym oko zawiesić 😉 U siebie w ciągu roku nie widziałam tylu calkiem normalnych facetów, co w Warszawie 🙂

      1. Chomikowa masz ruch w temacie:) Następnym razem, jak będziesz w stolicy daj znać:) Z dworcem centralnym nie pomogę, bo sama się bym zgubiła ale resztę da się ogarnąć:)
        Swoją drogą to zaczęłam się rozglądać bardziej skoro napisałaś, że jest na czym oko zawiesić:)

        1. Hahaha. Wiesz- ja mam porównanie z tymi facetami, więc jeśli chodzi o moje miasto i Wawkę, to jest na czym oko zawiesić 😉 A w stolicy najprawdopodobniej znów będę we wtorek, ale znów tylko biegiem i nie dam rady się spotkać… I chyba tym razem choćby w jedną mańkę wezmę taxi 😉

          1. Znowu będziesz mieszkać w hotelu? Jeśli tak to nie wiem czy opłaca się z Centrum tam taksówkę brać. Te autobusy całkiem nieźle śmigają.
            Co do taxi to właśnie miałam napisać, że o drogę w Wawie warto pytać właśnie panów taksówkarzy. Przynajmniej w Centrum powinni większość ulic znać:)

  4. Jeśli chodzi o ten Dworzec centralny to jedyna nie jesteś, też się na nim zgubiłam tylko znalezienie odpowiedniego wyjścia zajęło mi dobre pół godziny. Natomiast na dworcu w Berlinie centralnym nie miałam problemu, mimo że moloch większy od warszawskiego.

  5. Przepraszam mieszkańców stolicy, ale Warszawa nie jest moim ulubionym miastem. Centrala mojej byłej firmy mieści się w Warszawie, często w stolicy musiałem bywać, a przez rok też pracować. Może wielce stresująca praca oraz tempo poruszania się ludzi, dwa razy szybsze niż w innych miastach, tak na mnie wpłynęły? Nie znaczy, że nie doceniam pięknych miejsc, których w Warszawie jest niemało…

    1. O, kurczę- rok w stolicy… Ale dojeżdżałeś, czy przeprowadziłeś się do warszawy? Właśnie jeszcze nie usłyszałam, żeby komukolwiek w pracy w stolicy było dobrze…

      1. Dojeżdżałem. Na szczęście niecodziennie. Wielu ludzi narzeka na pracę w stolicy, jeden kolega nazywa to pracą w Mordorze, ale on w Warszawie jest już 15 lat! Kupił tam kawalerkę, ale rodzinę ma w Łodzi i na weekendy wraca. Z jednej strony Mordor z drugiej nic nie próbuje zmienić, więc jak jest naprawdę…

    2. Fakt, z tym szybkim poruszaniem się jest ciekawie. Jak już się dostosujesz, to wyjedź sobie na południe Europy, gdzie ludzie w ogóle ruszają się, jak muchy w mazi… Dopiero będzie śmiesznie 🙂 Sześć lat poza Warszawą, a krew mnie dalej zalewa, jakbym wyjechała wczoraj. Ale cóż zrobić – grunt to nie wlec się z powrotem po pulicy w Warszawie.
      A co do pracy – to pewnie ona zdecydowała, bo w niej, jak mniemam, spędzałeś większość czasu. Ja miałam w Warszawie pracę, którą bardzo lubiłam, grupę znajomych, więc byłam tam szczęśliwa. I ufam, że jeszcze tam wrócę. Na stałe. Pozdrawiam ciepło.

    3. Nie masz za co przepraszać – czasem ciężko jest polubić miejsce pracy;) Tak jak powiedziałem wyżej – Warszawę można pokochać… ale trzeba zwolnić…

      Mordor?? Czyżby pracował na Domaniewskiej lub w okolicy??:)

      1. A wiesz, chyba właśnie tam… czyżby to była zwyczajowa nazwa, a nie on sam wymyślił????
        A miejsce pracy czasami ciężko polubić, oj ciężko… 🙂

        1. nawet na fejsie masz grupę Mordor na Domaniewskiej… W skrócie – dużo biur, mała przepustowość okolicznych ulic… a teraz jeszcze zabierają im tramwaje na czas remontu…

  6. Największy kłopot, to mam zawsze jak wyjść z tych wszelkich tuneli, na odpowiednią stronę,po mieście chodzę z mapą w łapie,ale czasami nawet, to nie pomaga. Współczuję, ale jak później wszystko się pozna, jaki człowiek ważny się czuje i okiem ważniaka patrzy na tych co to, ulicy, autobusu znaleźć nie mogą. Zuch Chomikowa dałaś radę. Pozdrawiam

      1. Nasza kochana władza pamięta, że Warszawiacy dobrze sobie radzili w kanałach w `44, więc wciska przejścia podziemne tam, gdzie mogłaby je sobie odpuścić;)

    1. Bo pewnie Warszawa da się lubić 🙂 Może gdybym ją lepiej poznała, to zapałałabym do niej większą miłością 😉

  7. Droga Chomikowa rozbawiłaś mnie! Twoja historia przypomniała mi moją przygodę jak raz chyba z godzinę łaziłyśmy z kumpelką po podziemiach Dworca Centralnego i za cholerę nie mogłyśmy wyjść! A obydwie urodzoniłyśmy się i całe życie jak na razie tutaj spędzone! A do Dworca Centralnego to piechotą może 20 min mam.
    Ale jakby Ci powiedzieć za diabła nie wiem gdzie ta ulica Pankiewicza jest, a o Mangalii już nie wspomnę!! Ale sprawdzę zaraz gdzie to jest ;-), bo kurka az mi głupio!

    Pozdrawiam

    1. Haha. Nie ma żadnych błędów 😉
      Kasiu- to ratuj honor warszawiaków i już mi pręciutko do mapy zaglądaj 😉 A ta cała Mangalia to ma chyba na swojej ulicy tylko hotele- Atos, Portos i Aramis 🙂

  8. Droga Chomikowa rozbawiłaś mnie! Twoja historia przypomniała mi moją przygodę jak raz chyba z godzinę łaziłyśmy z kumpelką po podziemiach dworca centralnego i za cholerę nie mogłyśmy wyjść! A obydwie urodziłyśmy się i całe życie jak na razie tutaj spędzone! A do dworca centralnego to piechotą może 20min mam.
    Ale jakby Ci powiedzieć za diabła nie wiem gdzie ta ulica Pankiewicza jest, a o Mangalii już nie wspomnę!! Ale sprawdzę zaraz gdzie to jest ;-), bo kurka az mi głupio!

    Pozdrawiam

  9. I ja nie lubię dworca centralnego w Warszawie. Nie wiem jak jest teraz, bo ostatni raz w Wrszawie byłam w roku 1998. Też mi sie na początku zdarzało zgubić, ale jak przez pół roku dojeżdżałam każdy weekend na szkolenie językowe, to się ”otrzaskałam”. Ale nie o tym chciałam napisać. W latach 75-80 ubiegłego wieku pracowałam w firmie, która centralę miała w Warszawie i co kwartał trzeba było jechać z bilansem. Kursował jeden pociąg o 5,30 i aby na niego zdąrzyć musiałam wstać 3,00 w nocy.
    Nie zapomnę pewnej pani ze zjednoczenia, która gdy u niej się zjawiłam rano, powiedziała mi, że nie ma dla mnie teraz czasu i skoro jestem z prowincji, to ona mi radzi trochę zwiedzić Warszawę. Ton tej propozycji był bardzo protekcjonalny i trochę mnie to wkurzyło, no ale poszłam na spacer, bo nic innego mi nie pozostało. Dodam tylko, że pracowałam na Śląsku, co nie było chyba mile widziane w Warszwie. Odgryzłam się po powrocie, mówiąc, że w Krakowie w którym się wychowałam jest znacznie więcej do zobaczenia i zwiedzenia. Mina owej pani bezcenna.

    1. Z tym podziałem na „miastowych” i „wiochmenów” to chyba jest w każdym mieście. U mnie też na tych „ze wsi” nie zawsze się patrzy przychylnym okiem. Ale już chyba jest tego coraz mniej. Tak się łudzę…

  10. Oj… WIdzę, że mit nieprzyjaznej Warszawy trzeba podsycić. Ludzie mogą takich rzeczy nie wiedzieć. I to właśnie mieszkańcy z dziada pradziada. Jeśli ktoś mieszka na Żoliborzu, czy opisywanym powyżej Grochowie, to na co mu Mangalia na Stegnach? Żyje w swojej dzielnicy i już. Ma tam szkoły, parki, sklepy, przychodnie. Do teatru pójdzie w centrum. Warszawa to po prostu wielkie miasto, zdecydowanie większe, niż np. taki Paryż, który nie zmienił granic administracyjnych od drugiej połowy XIX w. Żaden Warszawiak, czy to od dwunastu pokoleń wstecz, czy to pierwsze pokolenie zwane pogardliwie „słoikowym”, nie ma google maps w głowie. I nie ma obowiązku mieć. Młody chłopak z Targówka nie musi wiedzieć, co to jest „Mangalia”, jeśli nie z doprecyzujesz, że to ulica 🙂 I nie musi wiedzieć, gdzie to jest.
    A co do biletów – może ta kobieta prawa do darmowych przejazdów nie miała, natomiast miała bilet miesięczny lub kwartalny? I bilety kartonikowe jej niepotrzebne, bo ona zawsze koduje kartę i to wystarcza? Tak po prawdzie, to ja też doradziłabym zapytać kierowcy, bo biletomaty nie budzą mojego zaufania. A czemu biletomaty są idiotyczne i nie przyjmują bilonu, to raczej nikt Ci nie wytłumaczy. Po prostu zamówiono taki model i już. Można walić głową w mur.
    Naprawdę, choć rozumiem Twoje zagubienie (sama potrafię 3 razy objeść jeden skwer zanim trafię we właściwą ulicę) i zmęczenie, nie rozumiem Twojego podejścia do ludzi, którzy ŚMIELI nie wiedzieć jak Ci pomóc… Bo trochę tak ten Twój wpis wygląda.
    100/100 natomiast za odpowiedź pani kasjerce 🙂 Tak trzymać, Chomikowo mocarna!
    Pozdrawiam ciepło.

    1. Śmieli, czy nie śmieli… Może i faktycznie wpis tak wygląda, ale zamiar był taki, zeby wykpić stolicę i pośmiać się ze mnie, która niby miastowa a w mieście poradzić sobie nie może 😉 Jak już wspomniałam- byłam w różnych miejscach i takich „problemów” jeszcze nie miałam, ale jak widać mało jeszcze o życiu wiem 🙂
      Pozdrawiam również i zapraszam częściej 🙂

    2. Z jednym muszę się zgodzić… Sam znam Mangalię tylko stąd, że tam był przystanek w drodze do babci… (ech – stara trasa 141… ), ale – mimo, iż mieszkam tutaj od 32 lat – sam nie znam chyba z połowy ulic …

  11. A ja byłam ostatnio dwa razy w Warszawie i to jako kierowca z rodziną choć jestem „młodym ” kierowcą ( choć tak się odmłodzę hi..) i wspominam całkiem pozytywnie . Nie wiem czy przypadek mnie spotkał , ale warszawiacy – kierowcy byli w porządku tzn. mogłam bez problemów zmienić pas, itp. Oczywiście „gps” to podstawa , bo ja żółto zielona z topografii miasta. Musiałam przejechać całą Warszawę ( z jednego końca do drugiego ) .
    Choć nie powiem , ale przed podróżą to cykor we mnie siedział , że rewolucję nawet wywołał w tylno-dolnej części mej osoby . Mojemu lubemu i dzieciom stolica przypadła do gustu. Mnie również . Tak że o mieszkańcach i samej Warszawie mogę powiedzieć tylko na plus.

      1. Ja jak zaczynałam jeździć do Warszawy 12 lat temu to jeździłam z kompasem. Ludzie się trochę uśmiechali, ale działało (poza metrem i ogólnie przejściami podziemnymi – bo tam wariował). Jeśli chodzi o kierunki, to polecam metodę na anteny satelitarne – wszystkie są skierowane u nas z grubsza na południe i w mieście praktycznie nie ma miejsc, z których żadnej nie widać.
        Teraz mieszkam w Warszawie już od 5 lat i serio – nie znam wszystkich uliczek w centrum czy w jakiejkolwiek innej dzielnicy. Mój mąż, który urodził się w Warszawie tak samo jak jego rodzice i połowa dziadków – też nie znają, choć dzielnice, w których mieszkamy/mieszkaliśmy znamy nieźle. Ale znam całkiem sporo ludzi, którzy pomimo lat w stolicy trzymają się wyłącznie głównych szlaków. Po prostu są ludzie, co lubią dużo spacerować i są tacy, co tego nie lubią.
        Co do podziału przyjezdni – chamy i wiochmeni oraz prawdziwi Warszawiacy – ludzie obyci i kulturalni – niech najlepszą oceną człowieka będzie jego komentarz.

  12. ja niby z dużego miasta, ale wejść (?) w tramwaj i wysiąść z niego, chyba już nie dla mnie, nie robiłam tego dobre dziesięć lat , a ta historia z przed dekady to do kabaretu się nadaje…Ale jakby życie zmusiło to pewnie
    wiedziałabym już ,że : naicśnij bo chcesz wysiadać!!!!Trzymaj się Chomikowa…

  13. Tam , gdzie obecnie jest ul. Mangalia na początku lat siedemdziesiątych były zielone łąki, czasami pasły się krówki (uczyłem się w szkole przy ul. Limanowskiego) i miały widok na Warszawską skocznię, ha, ha.
    Pozdrawiam.

  14. Zdawało by się drobna wycieczka a ile przygód 😉 . Polecam na przyszłość zamiast chodzenia z mapą w ręku, gpsem czy czym tam jeszcze, spokojnie przysiąść przed wyjazdem na google map np.

    Ostatnio jak miałem do Warszawy jechać (prywatnie, bo służbowo to bym taksówka zasuwał i niech potem firma płaci 😛 ) to kilka minut posiedziałem na Google Map oraz nad rozkładem jazdy warszawskiego ZKM. Bez stresu obejrzałem sobie drogę, jakie autobusy kursują w tamten rejon (ile przystanków, gdzie wysiąść), ile przejść z buta (jakimi ulicami) i jakie są ewentualne punkty szczególne.
    Gdy byłem na miejscu, plan miałem gotowy, więc nie było gorączkowego szukania właściwej drogi 😉 .

    1. A jak Ci powiem, Mądralo, ze wszystko zrobiłam wedle Twojej instrukcji? 😛 Wiedziałam jakim autobusem i skąd, wiedziałam ile przystanków i jaki bilet 😛 nie sądziłam tylko, ze problemem będzie zakup tego cholernego biletu i odnalezienie przystanku 😛 Zresztą poczułam się urażona tym bezsensownym zarzutem nieprzygotowania na taką podróż 😛

      1. No to sam nie wiem, prawo Murphiego albo co 😉 .

        Sam zarzut nie bezsensowny, ale być może nieuzasadniony. Mimo wszystko mam nadzieję, że uraza zniknie i jeszcze powrócę do łask 😛 .

        1. coś często mnie to prawo Murphiego zaczyna dotyczyć… 😛
          Masz Takitam wyjątkowe szczęście, bo Cię uwielbiam, więc nawet nie potrafię za długo się pofochować na Ciebie:P straszne…

          1. Ha, wiedziałem 🙂 . Żeby mi tylko woda sodowa nie uderzyła do głowy i żebym nie zaczął szukać granicy 😉 .

            1. uważaj, bo poznasz gniew Chomikowej… 😛 A nie ma nic gorszego, niż gniew osoby znanej ze stoickiego spokoju…

  15. Tak szczerze, to trochę dziwnie się przygotowałaś do tego wyjazdu.
    Logiczne chyba, że jak sprawdzasz gdzie jest jakaś ulica i wiesz, że to jakaś popierdółka z 4 numerami na krzyż, to sprawdzasz też sobie pobliską ulicę główną, albo jakiś punkt charakterystyczny i o to pytasz?
    Nikt nie zna całego miasta, nawet jeśli mieszka tam od urodzenia 😉
    To jakby w Krakowie w centrum pytać o ulicę Wawelską, też nikt nie będzie wiedział 😉 (nie, nie jest obok Wawelu wcale, w ogóle w innej części miasta).

    1. Wbrew pozorom przygotowałam się bardzo dobrze- miałam wydrukowaną mapę, wiedziałam, że pod dworcem będę miała autobus do hotelu, wiedziałam jaki numer autobusu i ile przystanków będę miała jechać. Wiedziałam też jaki bilet mam kupić. Ja się tylko zagubiłam pod tym ogromnym dworcem i nie wiedziałam w którą stronę mam przejść (kierunki mi się popierniczyły, nie byłam w stanie stwierdzić po której stronie dworca stoję 😛 ), żeby dojść na miejsce- po prostu zgłupiałam jak stereotypowa baba 😛
      Ja w swoim mieście znam większośc ulic… I na pewno wiem gdzie mają przystanki autobusy i tramwaje 😉

  16. No to dowiedziałem się, że w kierunku Stegien i Sadyby jeżdżą te same autobusy, co 6 lat temu. Ja raczej wsiadałem na przystanku koło dawnej „Cepelii” – naprzeciwko hotelu ex-Forum (teraz ma taką pospolitą nazwę…). Gdy wyjeżdżałem, zaczęło się szaleństwo ze zmianami tras autobusów i tramwajów. W stolicy jest wiele do zwiedzenia, np: pałac w Wilanowie, Łazienki i okolice (np ul. Parkowa, Lądowa – tam w bloku mieszka np tow. Kania …), dalej do Nowego Światu, Krakowskim Przedmieściem do Starego i Nowego Miasta. Dobrze jest nie tylko iść lecz pokręcić się w okolicy. A Zamek Królewski polecam po uprzednim zwiedzeniu (ze zrozumieniem) Wawelu;) Polecam też Cytadelę (X pawilon i droga śmierci). To na początek a potem choćby historyczne miejsca na Woli, Pragę… dłuuugo to by potrwało;)
    Dla mnie Warszawa była miastem wygodnym z powodu świetnej komunikacji (jechałem do najbliższej stacji metra i potem z metra na autobus – tak było znacznie szybciej, niż bezpośrednio). Mogłem np skoczyć sobie metrem na ptysia z kremem bezowym w Tesco na Kabatach;) Podobnie czuję się w Londynie, który dla mnie jest jak „duża Warszawa”. Tylko nie wszystkie linie metra są takie szybkie jak warszawska „błyskawica”;)) Mieszkam niestety w Southend-on-Sea, gdzie jest jak w uzdrowisku, ale komunikacja miejska rzadko dowozi tam, gdzie jest praca.
    Pozdrawiam znad estuarium Tamizy:)
    p.s. gdy w 1991 byłem w Wilnie i przy dworcu ujrzałem skacowane indywidua (również z Polski), to nagle zrobiło mi się żal warszawiaków, którzy mają takich widoków znacznie więcej…

    1. Pewnie, że jest sporo do zwiedzania 🙂 Warszawa to dobre miejsce na spędzenie aktywnego weekendu 🙂 Gorzej jak się człowiek troszkę spieszy lub jest kompletnie padnięty i po prostu marzy o łóżku 😉 Bo droga do łóżka może być zawiła i kręta 😉

    1. Polecam przejrzeć wcześniejsze komentarze, jeśli chodzi i zapoznanie się z trasami… Bo byłam z nimi zapoznana bardzo dobrze.

  17. Ależ tak jest w każdym mieście-jeśli jedziesz i nie znasz, nie tylko w Warszawie. Ja mieszkam w Warszawie i jak jadę do innego miasta, zachowuję się dokładnie tak jak Ty:))
    Odnośnie ulic, nikt nie zna wszystkich nazw z autochtonami włącznie:)
    Ja tam lubię to miasto, mieszkam tu 30 lat , czuję się tu dobrze, jest tu tyle pięknych miejsc. Tylko jak dla mnie za mało ścieżek rowerowych.
    A ludzie fajni i niefajni są wszędzie. Po prostu:)

  18. Witam,

    😀 czytam i przeżywam Deja Vu… też byłem w stolicy i też nikt nic nie wiedział 😀 baaa nawet nie wiedzieli jak dość z centralnego na stare miasto!!! hehe parodia 😀

    1. Haha, czyli to jednak normalne, że się niczego człowiek nie dowie 😉 Już wiem, ze następnym razem po prostu włączę gpsa:)

      1. Aż mi się przypomniała sytuacja. Wracam sobie radośnie z pracy (nastrój zgoła przeciwny wobec tego który mi towarzyszy w porannej drodze do pracy) i zaczepia mnie starsza pani pytając o to gdzie jest takie a takie miejsce.
        Odpowiadam, że nie wiem…i sekundę później uderza mnie to, że przecież stoimy jakieś 50 metrów od tego miejsca i że mijam je codziennie od jakiegoś pół roku 😛 .

        Nie omieszkałem się oczywiście podzielić tym odkryciem z ową panią 😉 .

  19. Wstyd się przyznać, ale w Warszawie byłam tylko jeden raz. W podstawówce, czyli jakieś 16 lat temu :p Ale z Krakowa niedawno się wyprowadziłam- po studiach. I Kraków podobnie- jeśli chcesz się gdzieś dostać i pytasz przechodniów, to albo:
    – Ja nie stąd…
    – Nie wiem…
    – Nie kojarzę…
    – I don’t understand… 😉

    Najlepiej o wszytko pytać panie sprzedające precelki. A w Warszawie to nie wiem 😛

    1. Bylam w Krakowie 3 tygodnie temu i nie miałam ŻADNYCH problemów. Dowiadywałam się natychmiast o wszystkim 🙂 Bilet kupiłam w sklepie, przystanek miałam pod hotelem a w tramwaju od razu mi chłopak powiedział gdzie mam wysiąść 🙂

  20. Witajcie,

    Mordor to jest na Domaniewskiej z tego co wiem… Chomikowa jak będziesz w stolicy polecam się. Znam Większość stolicy, Dworzec Centralny i podziemia.. nie są mi obce … w Warszawie się zasuwa to fakt niezaprzeczalny, a jak kiedyś wyjechałam do innych miast np. Kraków – szok tam ludzie się nigdzie nie śpieszą… :O co za różnica…

  21. Ja też wizytę w Warszawie wspominam dosyć nieprzyjemnie. Wróciłyśmy z mamą z Londynu, zmęczone jak konie po westernie. Dojechałyśmy z lotniska do centrum, bo tam za 8h miałyśmy mieć Polskiego Busa i szukamy jakiegoś jedzenia i picia.
    Znalazłyśmy jakąś budkę przy metrze. Budka jak budka, jakieś kanapki, cola itp. Przy budce stoi para i medytuje nad wkładem do kanapki, więc moja mama prosi grzecznie o colę i daje odliczoną kwotę. Pani na to: „Nie widzi pani, że mam ręce w folii?” No fakt, foliowe rękawiczki miała, ale to tak trudno podać colę?
    Foch to foch. Poszłyśmy sobie. Widzimy, że stoi budka z kebabem na środku placu. Idziemy, a tam jakiś cudowny turek uratował nam tyłki. Dostałyśmy od niego colę, ciepłą herbatę i kebaba. Za połowę ceny. Nie ma to jak dogadać się z obcokrajowcem, a Polak Polakowi wilkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.