wychowałam się bez ojca… i całe szczęście

źródło: www.demotywatory.pl
źródło: www.demotywatory.pl

Standardowa rodzina składa się z matki, ojca i dziecka. Czy tam z dwóch matek lub dwóch ojców i dziecka. Nie, nie będzie o rodzinach homoseksualnych 😉 To znaczy na pewno nie dzisiaj, bo w tym temacie nie czuję się jeszcze wystarczająco mocna. Niestety lub -stety nie każdy ma możliwość wychowywać się w pełnej rodzinie. Już pomijam te wszelkie nieszczęścia, w których jedno z rodziców spogląda na swoją rodzinę „z góry”, ale te przypadki, kiedy rodzice dochodzą do wniosku, że nie potrafią ze sobą funkcjonować „na dobre i na złe”, i na litość boską. Decydują się na rozwód. Płacz, nerwy… i co z dzieckiem…? Przecież to dla dobra dziecka powinniśmy PRÓBOWAĆ. To dla niego powinniśmy być ze sobą, tworzyć wspólny dom, budować RODZINĘ. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. Co z tego, że rodzice nie potrafią wytrzymać w swoim towarzystwie więcej, niż minutę? Co z tego, że tatusia więcej nie ma, niż jest, bo albo generalnie ma wszystko w głębokim poszanowaniu albo najzwyczajniej w świecie z precyzyjnie układanych od dłuższego czasu gałązek wije już sobie drugie gniazdko z inną gołąbeczką? Co z tego, że tatulek znęca się nad mamusią a w ich domu najczęstszym gościem jest Policja a nie przyjaciele? Przecież to jest RODZINA a dziecko powinno mieć i mamusię i tatusia. Nawet jeśli tatuś tymże dzieckiem szczególnie nie jest zainteresowany.

Parodia.

Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałam jakoś 6-7 lat. Pamiętam, że fakt, iż tatuś się wyprowadził nie robił na mnie większego wrażenia. Nigdy nie poświęcał mi czasu. Może ze dwa razy zabrał mnie na spacer. Nigdy nie zagrał ze mną w piłkę, nigdy nie uczył mnie pływać, nie był ze mną na rowerze i nigdy nie przeczytał mi choćby jednej bajki na dobranoc. Dla niego istnieli tylko koledzy, muzyka i alkohol. To przez niego mam wstręt do dźwięków gitary. Bo gitarę słyszałam ciągle. I smooth jazz. Taki niespełniony muzyk. I widziałam też ciągle nieszczęśliwą Rodzicielkę, która harowała jak wół w domu, w ogrodzie, w pracy i przy mnie. Awanturom, wrzaskom nie było końca. Pamiętam, jak pewnego dnia poszłam z Rodzicielką na zakupy do osiedlowego Supersamu. Jedna ze sprzedawczyń powiedziała do Rodzicieli: „Nie szkoda pani życia swojego i tego Chomiczka? Przecież to wstyd jest na całe osiedle.” Nie wiedziałam do końca o co chodziło, ale wiedziałam, że skoro Rodzicielka znów posmutniała, to na pewno dzieje się coś BARDZO ZŁEGO. Bo to był wstyd. Osiedle niewielkie, więc wszyscy widzieli tatuśka wracającego po nocnych libacjach z kolegami.
Rozwiedli się. Na CAŁE SZCZĘSCIE. Z całych sił próbuję znaleźć jakikolwiek pożytek z tego, że tatuś jest moim tatusiem. Próbuję, próbuję, próbuję……….. Dobra MAM! Odziedziczyłam po nim gęste, kręcone włosy 😀 Więcej zalet nie pamiętam 😉
Wychowała mnie Rodzicielka z pomocą dziadków i małym wkładem ciotki (tak- Tej ciotki 😀 I to by wiele tłumaczyło 😉 ). Nie mówię, że było łatwo, ale na pewno zdecydowanie łatwiej, niż miałabym dorastać obok człowieka, dla którego nie istniało nic, oprócz jego samego i ewentualnie kolegów.
Nawet nie chcę myśleć jak wyglądałoby życie Rodzicielki i moje, gdyby byli ze sobą do dnia dzisiejszego. To znaczy wiem jak wyglądałoby moje. Na bank wyniosłabym się z domu w dniu 18-stych urodzin, jeśli nie wcześniej… Tak,  jak uczyniła Rodzicielka z ciotką. One są kolejnym przykładem tego, że rodzice swoim nieszczęśliwym związkiem potrafią zatruć życie swoim dzieciom. Dziadziuś nie potrafił wychowywać córek inaczej, niż pasem i zakazami. Do tego ta ich ciągła wzajemna małżeńska walka…  Wyzwiskom, krzykom i płaczom nie było końca. Zresztą tak jest do tej pory. Dziadkowie miłość przelali tylko na mnie. Tego, czego nie dali swoim córkom, dawali mnie. Nie wiem, czy sprawę przemyśleli, czy po prostu na ten czas się ogarniali, ale fakt faktem ja od nich niczego złego nie zaznałam. Dzisiaj ciotka i Rodzicielka co rusz powtarzają, że lepiej by było, gdyby ich rodzice się rozwiedli. Zresztą ja też tak uważam. Jak patrzę na Dziadków, jaką nienawiścią do siebie pałają, jakiego słownictwa używają we wzajemnej komunikacji, to odechciewa mi się siedzieć z nimi przy stole.
I przyszedł czas na Przyszywanego Ojca. Wkroczył w nasze życie, kiedy byłam już uformowaną psychicznie istotą. Miałam ukształtowaną drabinę wartości, swoje priorytety i cele. Wiedziałam kim jestem i kim chcę zostać. Nie tylko zawodowo. W sumie byłam już dorosła. Co nie jest powiedziane, że  nie wpływały na mnie opinie innych na mój temat, że byłam i jestem obojętna na to, co się do mnie mówi.  Przez te wszystkie lata nie usłyszałam od Przyszywanego Ojca, że cokolwiek zrobiłam dobrze lub że cokolwiek co robię ma sens. Jego dzieci też tego nigdy nie usłyszały. Zawsze wszystko było źle. Czegokolwiek by się człowiek nie dotknął, to było źle. Jakikolwiek sukces nie zostałby osiągnięty, to dopóki nie przyniósł kilku tysięcy na konto bankowe, nie był żadnym sukcesem. Zastanawiam się, czy jego syn, który jest nieprawdopodobnie utalentowanym człowiekiem, pisze świetną muzykę i jest rozpoznawany w co prawda niewielkim gronie odbiorców, ale odbiorców muzyki w wielu krajach, usłyszał od swojego ojca kiedykolwiek, że jest świetny w tym co robi. Obawiam się, że nie. Chłopak musiał być nieprawdopodobnie upartym człowiekiem, żeby mimo braku wsparcia ze strony ojca tak kurczowo trzymać się swoich marzeń.
A kim byłabym ja, gdybym dorastała u boku taty, który nigdy mnie nie pochwalił i był zajęty, tylko zarabianiem pieniędzy…? Jak bardzo krucha bym była i niepewna siebie? Czy znałabym swoją wartość? Jak bardzo szukałabym u innych akceptacji i miłości…?
Jakie to szczęście, że moi rodzice się rozwiedli! Jakie to szczęście, że wyrastałam co prawda w biedzie, ale w spokoju i miłości. Dziękuję, ci mamo że oszczędziłaś mi tych wszystkich awantur, wyzwisk i niespokojnych nocy. Dziękuję, że jestem, kim jestem.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że przez to, że wychowałam się w niepełnej rodzinie nie wiem jak wygląda prawdziwy związek. Może odrobinę w tym prawdy jest, ale na swoją obronę powiem, że na pewno wiem jak związek wyglądać NIE POWINIEN.

Kilka lat temu załamana otępiającą rozmową telefoniczną w moim ojcem, zadałam Rodzicielce pytanie:
Mamo, coś ty widziała w tym facecie, kiedy brałaś z nim ślub?! OŚWIEĆ mnie! Bo ja nie widzę w nim NICZEGO, co mogłoby sprawić, że którakolwiek kobieta mogłaby się w nim zakochać! On nawet przystojny nie jest!
-Nie wiem, dziecko… Nie wiem… Chyba ładnie grał na gitarze… I raz kupił ładny i użyteczny kosz na śmieci.
Dziękuję.
Znokautowała mnie 😀

rozstrzygnięcie KONKURSU :)

   MAMY TO!  🙂

Otrzymałam od Was kilka przepięknych „Sposobów na Chomikową” 🙂
Każdy z nich wywołał u mnie uśmiech a o to chodziło przecież.
Niektóre nawet mnie wzruszyły…
NIE ZAWIEDLIŚCIE MNIE, jak zwykle 🙂

BARDZO Wam dziękuję za udział w konkursie. Zanim jednak powysyłam uczestnikom nagrody, musimy rozstrzygnąć kto zasłużył na I miejsce (bo ja nie mam pojęcia…) a kto zajął odrobinę niższe podium 🙂 Głosujemy do jutra- czyli do 26 listopada 2014 r. do godziny przełomowej (do północy). Głosy oddajemy oczywiście w komentarzach.

Z każdym z laureatów będę się kontaktować mailowo 🙂

1.
1)  Szczerość
2) Uczciwość
3) Schludny wygląd
4)  Chloroform
lub
5) maczuga;p

2. Sposób na Chomikową w 3D
I – SPOSÓB NA CHOMIKOWĄ : 

 UWOLNIĆ Z KLATKI.
Dlaczego? BO LUBI SOBIE …POBRYKAĆ .
II – SPOSÓB:
NIE UBIERAĆ.
Dlaczego? BO NIE MA LEPSZEGO STROJU….NIŻ  TEN  JEJ NATURALNY( STYL).
III – SPOSÓB:
ODPOWIEDNIO ODŻYWIAĆ ,, CZARNĄ POLEWKĄ,,  Z KAŁAMARZA.
Dlaczego? ŻEBY MOGŁA DOKONAĆ ALCHEMII SŁOWA ,, CZARNE W ZŁOTE.,,
..MYŚLI.

3.

Mój sposób na Chomikową?

Trzeba podejść do Niej z głową.

Ciut humoru by się zdało,

Nawet więcej, ciut za mało.

Bo gdy Chomik, ta Kruszyna,

Kiedy blog pisać zaczyna,

Powiem szczerze, nawet śmiało,

Oj wtedy będzie się działo.

W tym to blogu, tam się mieści,

To co gnębi ród niewieści,

Tam przeczytasz (daję głowę),

Jak Chomika wziąć sposobem.

Nie dłub w nosie, nie cwaniakuj,

Nie wywijaj, nie chojrakuj,

Bukiet (kwiatki) by się zdało

(Jedna Cola będzie mało)

Możesz piwo – ryzykujesz

Z wieszakiem pokonwersujesz

Szczerze takie jest ryzyko

Dawać alkohol Chomikom.

Bo ten Chomik, ta Kruszyna

To wrażliwa jest dziewczyna

Bo czy wtorek, czy niedziela

Potrzebuje przyjaciela.

Tego jednego człowieka

Co z gorącą kawą czeka

Co ma czas na wysłuchanie

I nie zwieje przed śniadaniem.

 

Więc ChomiQ kciuki trzymam

Znajdź wreszcie tego olbrzyma

I to koniec jest tych treści

Więcej kartka już nie zmieści 🙂

4.
Sposób na Chomikową to mi dzieci podsunęły;) Chomikowa zapraszam Cię na kawkę, jak posiedzisz przy mej osobistej dzieciarni, posłuchasz dziwnych kombinacji słowno-zdaniowych, pośpiewasz chwilkę z nami, poprzesuwasz z nami wskazówki zegara ( polecam do tyłu) to… To albo zwariujesz tak jak ja i będziesz w berecie na piętach skakać, albo oświecisz mnie syndromem Chomikowej 😉

5.

Z chomikami to jest trudna sprawa, a z Chomikową to już w ogóle tragedia, ale nie przegrana. Nawet mole w kuchni N. zebrały sie na tajną naradę i wciąz radząc, pałetaja się tam do dnia dzisiejszego. N. podobno starała się je podsłuchać, ale one w ramach zemsty zaczęły wpierdzielać wszystko to co mogą wpierdzielać. Jednym słowem- sytuacja stała się patowa.
Do zadań specjalnych, jak to zwykle bywa, potrzebne jest odpowiednie oprzyrządowanie. I to nie byle jakie. Jak i cały plan. Najlepiej rozrysowany na papierze formatu A4 czarnym pisakiem z legendą w kolorze czerwonym. Plan, który uwzględnienia wszelkie parametry przestrzennoczasowe. I dzban kawy czarnej.
Zasada dla chomików jest jedna: rano śpimy, w dzień lewitujemy, wieczorem żyjemy. Jednak przez całą dobę towarzyszy chomikom nieufność wobec rąk z obcym zapachem. Jednak ci, którzy myślą, że podejście do Chomikowej w masce gazowej, w fartuchu gumowoochroonym i w kaloszach wędkarskicgh kupionych w sklepie pana Zbycha przyniesie efekt, ten jest w błędzie.
Chomikowa to wyższa półka. Najpierw trzeba rozwalić mury dobrym humorem. A potem wkroczyć z cięzarówką ptasiego mleczka i dobrego wina. Chomik wówczas usiedzi na miejscu. Przez chwilę. Chyba, ze do akcji wkroczą mole N. to dłużej.
Zasiedziałą Chomikową należy z miejsca powalić na podłogę, by nie uciekła. I tu pojawia się duży problem, bo trzeba wykazać się inteligencją. Przebiegłość musi  zawrzeć się nie tylko w rozmowie, ale i w sprytnym podlewaniu piwem. Nie wystrczą ochy i achy, ale musi się wkraść niepowtarzalne ciepło połaczone z normalnie wyjechanymi randkami. Trzeba sporządzić mega trudną miksturę: normalność wymieszaną z odlotem. Ugotowaną Chomikową należy obrabiać dzielnie przez parę dni, by nie uciekła. I zaskakiwać można banałem, znaczy kwiatami. 
Powinno się udać.
A mole N.? No jeśli usłyszą jak Chomikowa w kuchni wypali do N: – Zakochałam się!!! – same padną z wrażenia. Razem z N. I to dopiero będzie działo się!

6.
-porządna dawka humoru
-trochę uczucia
-kultury
-szczerości
-najlepszego wina (nie mylić z winą)
-podsumowując: UCZUCIEM, KULTURĄ I HUMOREM JĄ! Niech się pławi w niej i rozkoszuje 🙂

GŁOSUJEMY 🙂 La la la (tak sobie podśpiewuję od rana, sama jestem w domu, więc kto mi zabroni 😉 )

 

 

o krwiodawstwie

źródło: Phoenix
źródło: Phoenix

Z pewnością pamiętacie, że zalała mnie ostatnio fala jakiejś nikomu niezrozumiałej dobroci, prawda? Z tych moich pomysłów pomagania innym już próbowałam się wyspowiadać, biczować i generalnie leżeć w pokucie krzyżem w kościele, ale… ale naszło na mnie pewne olśnienie. Nawet wiem cóż to olśnienie. Albo raczej któż to 🙂  Otóż niedługo po tym napisał do mnie ktoś, kogo doskonale znacie. Jest to postać, która udziela się na wielu blogach, u Chomikowej również 🙂  Nie będę Was trzymać w niepewności, bo nie o to chodzi 😉 – napisał do mnie Phoenix czyli Łukasz. Łukasz zrobił na mnie spore wrażenie, ponieważ chłopak nie ogranicza się do tak prostej pomocy, jaką jest wrzucenie 2 złotych do puszki bezdomnego, czy ustąpienie miejsca starszej kobiecie w autobusie…  Łukasz od wielu jest HONOROWYM dawcą krwi. Nagminnie, z premedytacją RATUJE LUDZIOM ŻYCIE. Bierze udział w prawie każdej akcji związanej z krwiodawstwem i nakłania ludzi do oddawania krwi. Ot tak. Ostatnia akcja, w jakiej brał udział miała miejsce w październiku w Legionowie. Działała ona wedle zasady tej głupiej zabawy „ice bucket challenge”, o której na pewno każdy z Was słyszał. Tyle że tutaj chodziło o nominację do oddawania krwi. Phoenix chciał nominować Was- czytelników bloga niecodzienne-notatki, ale ja Was wcale do tego nie chcę nakłaniać. Bo wiem, że taka pomoc to bardzo INDYWIDUALNA sprawa. Nie chcę Was do niczego zmuszać, tym bardziej, że ja- autorka w/w bloga nie mam się czym chwalić i przykładem nie świecę. Nigdy w życiu krwi nie oddałam. Raz w tchórzostwa, później z powodów zdrowotnych. Natomiast gdzieś w głowie kiełkuje mi od jakiegoś czasu myśl o oddaniu szpiku. Ale to jest na razie myśl. Do decyzji trochę mi jeszcze brakuje. Zapewne odwagi…. Bo jeśli już ponad 5 lat zbieram się na chirurgiczne usunięcie ósemki, to znaczy że do bohaterek nie należę 😉 Gdyby jednak ktoś z bliskich potrzebował krwi, szpiku, czy nawet nerki, to z ręką na sercu powiem Wam, że byłabym pierwsza w kolejce (zapewne nieistniejącej).
Podsumowując. Jeśli tylko gdzieś Wam kiełkuje myśl o pomaganiu tym Pomaganiu przez duże P, to zbierzcie w sobie odrobinę odwagi i… działajcie. Życie jest tylko jedno.  A może ktoś z Was już kiedyś zrobił coś wartego przedstawieniu na forum..? Piszcie choćby w komentarzach. Może dzięki Wam choć jedna osoba zdecyduje się na Wielki krok 🙂
POMAGAJMY, jeśli tylko możemy.

źródło: Phoenix
źródło: Phoenix

P.S. Phoenix na dowód, że „nie rzuca słów na wiatr” przesłał mi zdjęcia będące dowodem udziału w akcjach krwiodawstwa z prośbą o umieszczenie ich przy wpisie.  Zamieszcza również link do Jego prywatnej strony na facebooku, gdzie możecie zadać Mu jakiekolwiek nurtujące pytania (w końcu możemy Go uznać za specjalistę od pomagania 🙂 ) https://www.facebook.com/phoenixlk

… recepta na ślub

źródło: tumblr.com

To ja dzisiaj polecę z tzw. grubej rury. Proszę bardzo Panowie- któremu z Was marzy się rychły ożenek? Albo może chociaż stały, piękny związek z dzieciakiem w tle? No! Odważnie, odważnie! Ręka do góry! Śmiało Panowie, bo ja znam receptę na Wasz przyszły związek. Trochę się muszę poświęcić, ale czego to się nie robi dla ludzkości i dla czytelników, prawda?
Otóż, jedyne co należy zrobić to związać się choćby na kilka miesięcy z Chomikową. Nie wiem czy wystarczy związek czytelniczy, ale kto wie 😛 Daję Wam gwarancję, że kolejna kobieta (zakładam, że to będzie kobieta, choć istnieje prawdopodobieństwo, że tak Wam się wyryję w psychice, że zmienicie orientację), z którą się zwiążecie, zostanie Waszą żoną. Najpierw szybkie mniej lub bardziej bolesne rozstanie ze mną (nie zdarzyło mi się jeszcze takie na luziku, ale CZEGO TO SIĘ NIE ROBI DLA CZYTELNIKÓW, tak? 😛 ) a już następnego dnia bierzecie się za kobietę, z którą na serio chcecie się związać- na AMEN.

Dobra, wiem, wiem. Wszystko to zbieg okoliczności. Wszystko da się jakoś psychologicznie wytłumaczyć, ale zezłościłam się sama na siebie. Przełknęłam jakże romantyczny ślub faceta (OCZYWIŚCIE z najczystszej miłości), który przez dobre 4 lata fundował mi ostrą jazdę po mojej psychice realizując definicję stalkingu zdanie po zdaniu. Przełknęłam ślub w trakcie „znajomości” ze mną i jakiś tam jeszcze inny ślub. Każdy z kobietą poznaną zaraz po rozstaniu ze mną. Teraz przełknęłam kolejny ślub. A ty, głupiutki Chomiku przez ostatnie 1,5 roku przeżywałaś to rozstanie. Ryczałaś przez tydzień, bo przecież społecznie jesteś zgaszona za porzucenie człowieka, który kochał cię całym sercem i oddałby za ciebie życie. Co z tego, że nie ogarniał codzienności, ale jak cię kochał! Z pokorą przyjęłaś wszelkie reguły jego gry, żeby tylko więcej go nie ranić swoją osobą. Ponad rok obchodziłaś się z nim jak z jajkiem na miękko a on właśnie zawiązał sobie węzeł miłości (oby nie na szyi 😛 ). A tak się o niego martwiłaś. Ty, głupiutka dziewczynko. Przestań instynktownie działać tak, żeby nikogo nie ranić. I nie biczuj siebie za dążenie do własnego szczęścia. Bo jak widać wszyscy doskonale radzą sobie bez ciebie. Ba! Bez ciebie, naiwny Chomiczku dopiero zaczynają Żyć.
Wstyd mi przed samą sobą.

To proszę- komu zbudować przyszłość? Do usług 😛

UWAGA! KONKURS u Chomikowej! :)

 

N A R E S Z C I E!

Nadszedł ten dzień, kiedy z całą odpowiedzialnością mogę OGŁOSIĆ KONKURS 🙂 🙂 🙂 i to nie byle jaki, bo z NAGRODAMI 🙂

Nagrodami są torebki bawełniane na zakupy (jak ktoś się uprze, to mogą być na randkę, ale ja za to odpowiedzialności nie chcę brać 😉 ) , kubeczki i breloczki. Wszystko niepowtarzalne, bo tworzone z sercem i zawierające esencję bloga Chomikowej 🙂

Z A S A D Y
Do 23 listopada 2014 roku wysyłacie na maila niecodzienne-notatki@wp.pl kilka zdań na temat
” SPOSÓB NA CHOMIKOWĄ”


Abym nie została posądzona o stronniczość, to wszystkie prace (które będą się nadawały na publikację) zostaną opublikowane na blogu i to Wy w komentarzach będziecie oddawać głosy na te wpisy, które będą Wam się najbardziej podobać. Acha, żaden wpis nie zostanie opublikowany z podpisem. Tylko ja będę znać autora.
Dodam też, że decydujące zdanie będę mieć JA 😉

Koszt przesyłki nagrody pokrywam też ja.

 

Moja N. mi jeszcze bardzo podpowiada, żeby był drugi konkursowy temat a mianowicie
„Jak się pozbyć moli z kuchni N.”
Jakoś mało romantyczne to mi jest i w ogóle jakieś takie… No ale MOŻE KTOŚ ZNA ZŁOTY ŚRODEK? 😉

IMG_5023popr

IMG_5013popr   IMG_5018popr

Wiecie, co lubię najbardziej, więc do dzieła 🙂
LICZĘ NA WAS!

Chomikowa leci samolotem…

źródło własne
źródło własne

Jakiś czas temu wspominała z moją N. nasze wspólne wakacje w Turcji. Jest co wspominać, oj jest 😀 To był mój pierwszy zagraniczny urlop i od tego czasu pokochałam podróże  daleko  od deszczowej Polski. I wszystko może byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że na ten urlop trzeba jakoś DOTRZEĆ. Najszybciej i najtaniej dla jednej osoby jest niestety podróż SAMOLOTEM… Tu zaczynają się dla mnie schody. I to wcale nie chodzi mi o schody prowadzące na pokład samolotu…
Pierwszy raz, kiedy wybierałam się na zagraniczny urlop i pierwszy lot samolotem, nie za bardzo myślałam o tym, że może być to dla mnie jedno z największych przeżyć w moim jeszcze nie za długim życiu. Oczywiście pamiętałam o moim lęku wysokości, który mi doskwiera z racji mojego wzrostu już w butach na obcasie 😉 ale obiecałam sobie, że przez okno wyglądać nie będę i DAM RADĘ.

Myliłam się.

Pierwszy niepokój poczułam, kiedy usiadłam w fotelu. Koło okna oczywiście. Przeraziła mnie ilość ludzi w samolocie i brak normalnych drzwi. Przed oczami zaczynałam mieć też widok, który będzie się rozpościerał przez okno- czyli wszystko z cholernie dużej wysokości. Kazałam N. zamienić się miejscami. Ta się ucieszyła, bo latać uwielbia, ale ja mniej, bo jak będzie katastrofa samolotu (przecież te samoloty CIĄGLE spadają prawda? 😛 ), to jak zidentyfikują moje zwłoki, jeśli nie będzie mnie na swoim miejscu? Po obrączce, której przecież NIE MAM? Czy ewentualnie po krzywym zgryzie? 😛 Niedobrze… oj, niedobrze. Zaczynam się pocić i nerwowo rozglądać po pokładzie samolotu. Moja N. widzi, że chyba jestem zdenerwowana i próbuje mnie zagadywać. Staram się jak mogę udawać, że jestem zainteresowana tym, co mi opowiada, ale tak naprawdę najchętniej wróciłabym na ląd i kombinuję jak to wykonać, kiedy wejście został już zamknięte na amen. Narobiłabym tylko hałasu i wszyscy pstrykaliby mi foty. Nie chciałam oglądać siebie na demotywatorach, czy kwejku…
Prawdziwy koszmar jednak miał się dopiero rozpocząć.
Pasy do startu zapięłam. Sprawdziłam tysiąc razy, czy na pewno dam radę w razie ewakuacji szybko je odpiąć i skupiłam się na stewardessie, która instruowała pasażerów, co robić w razie alarmu niebezpieczeństwa. Boże Mój… Ja już to widzę… Widzę, jak samolot niekontrolowanie spada na ziemię, jak pasażerowie drą się w niebogłosy a maski tlenowe spadają wprost na moje kolana…  Optymistycznie.
Chomikowa, tylko nie panikuj. NIE PANIKUJ. Jak zginiesz, to w miarę szybko. Byleby tylko uderzenie był na tyle mocne, że nie poczuję jak się palę 😛

Start samolotu to już dla mnie za wiele. Serce mi wali 5 tysięcy razy mocniej, niż na widok faceta, w którym jestem zakochana (słabo kochasz Chomikowa, SŁABO 😛 ), dłonie mam tak spocone, że krótkie spodenki od wycierania w nie moich dłoni są już wilgotne. Czuję, jak mi tyłek wbija w fotel i wiem, że to wszystko jest tak cholernie nienaturalne, że nie ma prawa się dziać! No jakim cudem tyle ton wznosi się do góry i nie spada?! No JAKIM?! Już nie raz niektórzy próbowali mi wyjaśnić ten fenomen, ale ja i tak wiem swoje 😛 Nie dam się wkręcić w jakieś chore prawa fizyki i matematyki. NIE ZE MNĄ TAKIE NUMERY!
Jako-taki spokój odzyskuję dopiero wtedy, kiedy samolot uzyskuje swoją wysokość i leci swoim miarowym, spokojnym torem. Na tyle jestem w stanie się opanować, że decyduję się na wyciągnięcie książki. Godzina upływa miło i spokojnie. Jestem już na tyle odważna, że decyduję się skorzystać z toalety 😛 A CO! Jak szaleć, to szaleć! Do odważnych świat należy!
A tam zaczyna trząść. Słyszę piknięcie oznajmiające obowiązek zapięcia pasów bezpieczeństwa. Zaczynam wpadać w taką panikę, że nawet nie zapinam wszystkich guzików w spodenkach. Dopadam do swojego fotela i nerwowo zapinam pasy. Samolot raptownie opuszcza się w dół, po czym szybko podnosi się w górę. Trzęsie przy tym cholernie. Turbulencje. Wtedy były one dla mnie ogromne i nie do wytrzymania. Jednak jak mi pokazały kolejne moje loty samolotami, mogą być zdecydowanie gorsze…
-Chomiczku, nie denerwuj się tak. Przecież to tak, jak w samochodzie byś jechała po naszych polskich dziurach.- N. próbuje mnie uspokoić.
Niby ma rację, ale …
-Ale tu nie ma ASFALTU! Pod nami NIC nie ma! To o jakich ty mi tu dziurach mówisz?!
-A opowiadałam ci, jak moja mam poszła na rynek po warzywa i zapomniała portfela?
-Mała, ja wiem, że ty mnie teraz próbujesz zagadać tylko po to, żebym się uspokoiła i ja ci bardzo dziękuję, ale DAJ, PROSZĘ SPOKÓJ.
Daje.
Nie wrzeszczę, nie wpadam w kompletny ryk i nie błagam stewardess o jak najszybsze lądowanie GDZIEKOLWIEK tylko dlatego, bo wiem jak bardzo N. by się na mnie wściekła i jak wielkiego obciachu bym jej narobiła. Tylko i wyłącznie strach przed zrobieniem sobie i N. kompletnego wstydu sprawił, że nie pokazywali mnie w ogólnopolskich wiadomościach. I tureckich oczywiście 😛
Podczas lądowania zacisnęłam bardzo mocno oczy, włączyłam mp3 na full audio i wbiłam paznokcie w kolana. Od czasu do czasu starałam się tylko słuchać faceta koło mnie, który mi mówił, że to jest jego 15-sty lot i wszystko, co się aktualnie dzieje jest NORMALNE, nie wskazuje na żadną katastrofę i naprawdę nie mam się czego obawiać. To on mnie trochę uspokoił.

Jak myślicie, kto klaskał najgłośniej po wylądowaniu????? 😀
Dobra odpowiedź, Bystrzaki 😀

Tylko niech mi nikt nie mówi, żebym podczas latania się czegoś napiła. Próbowałam. Łeb mi trzeźwiał natychmiast. To normalne przy bardzo dużym lęku. Jedynie, co mnie ratuje to tabletki na uspokojenie. Metoda wypróbowana przy samotnym locie do Grecji 🙂 Podwójna dawka OCZYWIŚCIE. Uwierzcie mi, że wtedy było mi obojętne, czy spadnę, czy nie spadnę i w jaki sposób ewentualnie mieliby identyfikować moje zwłoki 😉

Chomikowa na ascezie…..???

Pamiętacie zapewne, że jestem na diecie…? Trudno o czymś takim zapomnieć. To przecież trochę jak trauma… A tego się nie zapomina. Gdzieś tam głęboko w psychice się zagnieżdża i wychodzi na wierzch w najmniej spodziewanym momencie… Człowiek zaczyna czuć, że się dusi, serce zaczyna bić w zawrotnym tempie (nie, nie o zakochaniu tu piszę 😛 ), poci się, blednie (kurczę- faktycznie objawy trochę też jak u kogoś zamroczonego miłością)… I tak dalej, i tak dalej… Tak, czy siak. Dieta WYKAŃCZA.
Do mojej N. w odwiedziny już chodzę z własnym wyszynkiem. Muszę się jakoś zabezpieczyć, bo zawsze, kiedy u niej jestem, to mi proponuje obiad. Mam wrażenie, że to jej zostało jeszcze z czasów, kiedy ogarniała ją nade mną litość z powodów mojego kompletnego nieradzenia sobie w kuchni. Pierwszy raz, kiedy z mojej torby wyjęłam banana i jogurt naturalny, N. popatrzyła na mnie jak skończoną idiotkę.
-Ale ty serio zamierzasz to teraz zjeść?- pyta się mnie troszkę zaniepokojona.
-Mam jeść co 2 godziny, więc sorry, ale właśnie nadszedł ten moment 😛 Ale SPOKO- wzięłam podwójną porcję. Dla ciebie też wystarczy!
-Nie, nie… Ja to wiesz…. Dziękuję. Zresztą ryba mi się piecze na obiad, więc cóż… Chomikowa, ale swoje danie będziesz musiała spożyć SAMA.
Jakoś mnie nie zaskoczyła jej odmowa 😛

Wczoraj weszłam do kuchni Rodzicielki. Na stole zobaczyłam charakterystycznie owinięty PAKUNEK. Bożesz… CIASTO! Prawie strącam wszystko, co znajduje się na stole i dopadam do mojego ukochanego ciasta bezowego. Patrzę i łykam śliny. Tylko jedną łyżeczką… Wezmę jedną łyżeczkę. Nikt nie zauważy… Zresztą tylko jedna łyżeczka to nie grzech, prawda…?
-Dziecko, ty sobie ukrój, jak człowiek cały kawałek i weź talerzyk.-Rodzicielka stara się kierować rozsądkiem i moim dobrem 😛
-Zwariowałaś?! Cały kawałek?! Nie po to mamlę surowe warzywa i odmawiam sobie tych cholernych czekoladek, żeby teraz zjeść CAŁY kawałek!
W mojej rodzinie zawsze panowało przekonanie, że jak jest problem, czy dopada człowieka smutek, to trzeba go zapchać i zdusić czymś słodkim. Najtańsze i najprzyjemniejsze wyjście z sytuacji… Tak więc moja dieta w mojej rodzinie nie spotyka się ze zrozumieniem 😛
Odkładam ciasto na bok. Może jutro będę miała większą ochotę, to jutro sobie pozwolę na tą jedną łyżeczkę.
-Dziecko! Co się z tobą dzieje?! Ty nie możesz sobie ciągle wszystkiego odmawiać! Co ty masz z tego życia?! Żebyś ty chociaż z tej siłowni wracała uśmiechnięta a ty wracasz zdołowana!
-A co ty myślisz?! Że mnie to radochę sprawia? Już zrezygnowałam z jednego wyjścia na siłownię na rzecz basenu. Daję radę. Zresztą, mamo nie oszukujmy się! Właśnie tak powinno wyglądać racjonalne żywienie- bez słodyczy i z posiłkiem co 2-2,5 h.
-Ale ja nie mogę na to patrzeć! Ty już nic z tego życia nie masz! Ty jak w jakiejś ASCEZIE żyjesz!

Ascezie, ascezie… No ja wiem, że z przyjemności to mi tylko mój blog pozostał, ale żeby w ASCEZIE…?!
Zresztą, gdzieś mi ktoś tutaj polecał jakiś świetny WIBRATOR… Zaraz, zaraz… Gdzieś tu było…

😉 😛

sweet focie… zakochanych

źródło: internetowo-własne
źródło: internetowo-własne

Pojęcie „sweet foci” zna na pewno każdy z Was. Jest to… jakby to ująć… pewnego rodzaju dziedzina (???) fotografii, która obejmuje zdjęcia robione z różnych perspektyw (dziwnych, śmiesznych, niecodziennych). Dla jasności należy  wspomnieć, że z prawdziwą  sztuką te zdjęcia NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO. Najczęściej w/w zdjęcia są wykonywane aparatem fotograficznym zainstalowanym w telefonie komórkowym/ smartphonie i OBOWIĄZKOWO poddane obróbce mało profesjonalnym programem graficznym powstałym właśnie do w/w celów.
Można wyróżnić kilka kategorii „sweet foci”
najpopularniejsza:
a) z „dzióbkiem”- dotyczy dziewcząt i kobiet a także niestety chłopców polegająca na ułożeniu warg jakby „do buziaczka”. Postać fotografowana wygląda jak infantylna laleczka.
oraz:
b) z „rąsi”- dotyczy WSZYSTKICH- bez względu na płeć czy wiek. Postać fotografowana charakteryzuje się sporym exhibicjonizmem. Ma w sobie coś z celebryty. Niestety te najgorsze cechy.
c) z „rąsi” w lustrze- dotyczy niestety również wszystkich- bez względu na płeć, czy wiek. Postać fotografowana najczęściej chce przedstawić swoją nową figurę (po operacjach plastycznych/ odsysaniu tłuszczu itp. tudzież po ciężkich ćwiczeniach fizycznych opartych najczęściej na różnego rodzaju odżywkach), fryzurę (prosto od fryzjera lub jeszcze u fryzjera), makijaż (mocne czerwone wydęte usta, wyregulowane brwi lub namalowana kreska w miejscu brwi oraz sztuczne rzęsy doklejane metodą 1:4) lub nowy ciuch (najczęściej obcisła mini).
d) po seksie-dotyczy najczęściej par (aż się boję, że zacznie dotyczyć singli…z wiadomych racji 😉 ) i na szczęście jeszcze nie jest popularne w Polsce (choć jak zaraz się przekonacie u nas również istnieje…), ale charakteryzuje się focią wykonaną oczywiście z ręki po seksie przez jedną z osób uczestniczących w akcie miłosnym oraz z informacją umieszczoną pod zdjęciem „to my zaraz po <3 <3 <3”. Tylko czekać, jak na fotach będą widoczne narządy płciowe.
e) zakochanych par- dotyczą najczęściej par, które od niedawna tworzą związek i charakteryzują się tysiącem zdjęć wykonanych metodami opisanymi w punktach a-d…

Chciałabym dzisiaj przyjrzeć się z bliska sweet fociami zakochanych par. Na pewno każdy z Was, kto kiedykolwiek miał styczność z którymś z serwisów społecznościowych (Instagram zaliczamy do nich???) spotkał się ze słodkim zdjęciem którejś z par. Zdjęcia z reguły mają na celu publiczne przyznanie się do bycia związku. Ba! Pochwalenia się! „Już nie jestem sam/sama! Mam kogoś! MAM!!! Uprawiam masę seksu i jestem cholernie szczęśliwy/ szczęśliwa” .  Też kiedyś nawet takie jedno zdjęcie na portalu społecznościowym posiadałam. Głupiutka troszkę byłam, zakochana 😛 A wiadomo, że zakochanym rozum odbiera 😛 Dobra- żeby nie było- jedno takie zdjęcie zakochanych  nawet jestem w stanie zrozumieć, czy piękne zdjęcia ze ślubu. Kochamy się, chcemy żeby znajomi wiedzieli, że w końcu jesteśmy szczęśliwi. Dobrze. No ALE! Wszystko w granicach rozsądku…
Mam koleżankę. Jeszcze z podstawówki. Wydawałoby się, że w miarę normalna dziewczyna, choć rozwód w wieku 24 lat to chyba jednak nie świadczy o największej mądrości… Ale ja nie o tym. Spotkałam ją kilka lat temu pod marketem. Nawet sympatycznie zamieniłyśmy kilka zdań. Była w związku, ale coś tam nie grało… Na fejsie nie krępowała się opisywać jakie błędy popełnia jej narzeczony i generalnie narzekać na swój związek. Trochę z niesmakiem na to patrzyłam, bo skoro aż tak jest jej źle, że musi się tym dzielić na fejsie, to niech to SKOŃCZY. Czekałam, czekałam i się doczekałam. Ufff. Dziewczyna ewidentnie od razu zaczęła szukać sobie kogoś nowego. I niestety znalazła. Adasia. Faceta, którego też znam, bo chodził z nami do podstawówki właśnie. No i zaczęło się… Pierwsze wspólne zdjęcie kilka miesięcy temu na karuzeli. Uśmiechnięci, szczęśliwi. Pięknie. Niech im będzie. Życzę im wszystkiego „naj”. Kilka dni później była wspólna focia ze spaceru, później z kawiarni. Na tym nie koniec. Doczekałam się również pięknych, splecionych, zakochanych dłoni w samochodzie… Nie mogło również zabraknąć splecionych ciał w łóżku. Chwała Bogu choć trochę byli ubrani. Następnie na jej profilu zaczęła się pojawiać seria zdjęć jej ukochanego Adasia. I tak widziałam już Adasia: w kuchni, w dresie, w samochodzie, w pracy, w nowej bluzie, w ciapciach domowych… Jeszcze na kiblu go nie widziałam. Ale myślę, że to tylko kwestia czasu.
Ciekawe co na to Adaś… Gdzie rozum zgubili? A niby oboje takie sukcesy zawodowe odnoszą. Jak widać nie idzie to w parze z rozsądkiem.

I zaczynam mieć mdłości od tej ich miłości.
Jeszcze jedna seria ich „pięknego, nieskazitelnego związku” i mi się ULEJE.

speed dating

źródło: www.tumblr.com
źródło: www.tumblr.com

Kiedyś już tu wspominałam, że moja N. jak tylko trafi się okazja, to będzie mnie próbowała wypchnąć na speed dating. Trochę się tego obawiałam, ale też liczyłam na odrobinę jej rozsądku… NIESTETY.
-To co? Idziesz, prawda?- pyta się mnie w pełni podekscytowana N. Widzę tę jej entuzjazm i pełnie nadziei w oczach. Już to widziałam u niej nie raz… Oj, widziałam. Niepoprawna marzycielka i optymistka 😛
-A pójdziesz ze mną?- zadaję głupie pytanie, bo liczę na to, że się zapowietrzy i nie będzie wiedziała jak dalej pchnąć mnie w tą czarną otchłań randek w ciemno.
-Przecież wiesz, że ja nie mogę…
Autentycznie się zmartwiła! 😀
-No więc znasz odpowiedź.
-Chomik, no!
Na szczęście ma małego dzieciaka, więc to on jej absorbuje masę czasu. Inaczej jeszcze by na szukanie mi męża poświęciła każdą wolną chwilę…

Rodzicielka podchwyciła temat. Pyta się mnie, co to w ogóle są te „szybkie randki” i na czym to polega. Tłumaczę dość zdawkowo, bo i tak się nie wybieram, więc po co głowę jej zaprzątać sprawami śmieciowymi.
-A czemu nie chcesz iść? Może byś się zabawiła?
-Zabawiła?! Przecież ja się tylko na tych randkach WKURZAM! I co? Ja stamtąd wyjdę i nawet nie będę miała komu pobluźnić, tylko znów sama do siebie pod nosem! Nie chcę się denerwować, naprawdę NIE CHCĘ.
-Ale to gdzie się te randki odbywają?- pyta nadal nie zniechęcona.
Muszę popracować nad zniechęcaniem ludzi do wielu spraw, bo jak widać mam z tym problem…
-W pubie, mamo.
-Ale to ŚWIETNIE!- odpowiada kompletnie nie zrażona i pełna radości- Bo jak już te randki się skończą, to będziesz mogła od razu na ukojenie nerwów się upić.

coś się ze mną dzieje…

twórczość własna
twórczość własna

Tak, przyznaję… coś się ze mną dzieje… Aż kusi, żeby powiedzieć, że niedobrego, ale…  Ale w czym rzecz? Otóż od czasu wypowiedzenia mam w sobie jakieś niepoliczalne pokłady spokoju, cierpliwości i… DOBROCI (???) Aż sama zaczęłam się o siebie martwić. Bo już pomijam takie sytuacje, kiedy ktoś leży na ulicy i pomóc po prostu TRZEBA lub kiedy wieloletni znajomi proszą o odrobinę pomocy. To są sytuacje, kiedy bez zastanowienia Chomikowa pakuje torbę, ciuchy i na pomoc biegnie, ale… Wczoraj byłam umówiona z moją Bambaryłką. Pędzę po pracy jak szalona, bo może tym razem facetowi przez jakiś przypadek uda się przyjechać punktualnie (naiwna Chomikowa). Dojeżdżam na ogromny parking centrum handlowego, skręcam, żeby zaparkować i widzę jak biegnie do mnie jakiś człowiek. Matko kochana, potrąciłam kogoś i nawet nie zauważyłam? Boczna listwa mi odpadła w Pędzidle…? Coś się stało na bank. Otwieram drzwi odrobinę zlękniona.
-Pani kochana! Pani poratuje złotóweczką!
No oczywiście. Biegł do mnie 50 metrów, żeby poprosić o kasę. Wzdycham sobie po cichutku.
-A na co pan potrzebuje tą złotóweczkę?- pytam i liczę na jakąś sensowną odpowiedź, bo jak mi powie, że na bułkę lub piwo, to szlag mnie trafi.
-Pani, co ja będę panię okłamywał. Ukochaną mi w pierdlu zamknęli i muszę jej przecież jakąś paczkę wysłać, bo jak już ją stamtąd wypuszczą, to mi dupę skopie, że nic jej nie wysłałem.
Wybucham śmiechem. Facet rozłożył mnie na łopatki. Jak mu nie pomóc? 😀
-A za co ona poszła siedzieć, co?- wnikam, bo jak kogoś mocno skrzywdziła, to ja faceta pogonię tak, że już nikogo nie będzie prosił o pieniądze, ale pomoc psychologiczną i to nie u mnie.
-A no wie pani, oszukiwała na pieniądze. Ja tego nie pochwalam, ale wie pani jak to jest z miłością.
Wiem niestety, wiem i dalej się zaśmiewam. Wyjmuję 2 zł i niech dalej zbiera dla ukochanej na prezent.
Takiej miłości przecież trzeba pomóc 😛
W drodze do kawiarenki dzwoni do mnie Bambaryłka, że bardzo mnie przeprasza, ale z mamusią pojechał do lekarza, więc na pewno z godzinę się spóźni. Jakie on ma szczęście, że znam go tyle lat i traktuję ja brata… Mam więc godzinę na zakupy. Drepczę do marketu i nagle gdzieś w okolicach moich nóg słyszę jakiś głos:
-Dzień dobry, przepraszam panią bardzo…
Szukam w panice źródła tego głosu, rozglądam się po moim poziomie (przypominam, że reprezentuję WYSOKI poziom 😛 ) i mój wzrok spada gdzieś w dół…
No świetnie.
-Przepraszam panią bardzo, czy z kimś takim, jak ja umówiłaby się pani na kawę?
Zapowietrzam się.
Chłopak jak na moje oko około 30-letni. Już pomijam ten wózek inwalidzki, ale ewidentnie z porażeniem mózgowym.
Normalnie pewnie szukałabym wymówki, żeby gdzieś pobiec dalej, ale… Dlaczego nie miałabym mu sprawić choć odrobiny przyjemności? Co ten facet ma z życia? A ja mam akurat godzinę wolnego.
-A masz teraz czas? Bo ja mam akurat godzinę wolnego i chętnie gdzieś z tobą usiądę i pogadam.
Na początku, jak zawsze podczas rozmowy z obcym człowiekiem czuję się odrobinę spięta, ale z czasem wdaję się z Marcinem* w rozmowę i luźną dyskusję. Mówi mi, że od jakiegoś czasu postanowił łamać tabu i wychodzić do ludzi. Nie zawsze ludzie chcą i mają czas na rozmowę z nim, ale czasem się udaje. Pyta się mnie czym się zajmuję, czy mam męża i jakie mam plany na najbliższe lata. W rozmowie daje się wyczuć sposób prowadzenia dialogu typowego dla starszego społeczeństwa. Wynika to stąd, że mieszka tylko z mamą (jakże by inaczej…) i najczęściej to z nią rozmawia. Troszkę zaskakuje mnie pytaniem czego tak najbardziej bym mu życzyła, aby mógł stać się szczęśliwym. Niełatwe pytanie. Nie chcę go przecież urazić… Po chwili namysłu uświadamiam sobie, że przecież, gdyby był zdrowy, to wcale nie jest powiedziane, że nie byłby samotny. Nie jest powiedziane, że byłby szczęśliwy.
-Wiesz co, Marcin? Życzyłabym ci normalnej pracy, która zagwarantowałaby ci godne wynagrodzenie i kontakt z ludźmi.
-Oj! Ale ja nie potrzebuję pracy. Ja mam rentę i mamy pensję.
Nie podoba mi się to podejście do sprawy… Trochę zaczynam siebie karcić za to, że to mi się nie podoba, bo to przecież jego życie i jego potrzeby, ale jednak… Wdaję się w nim  prawdziwą dyskusję.
-A wiesz, że twoja mama nie będzie żyła wiecznie? Nie chciałbyś być samodzielny? Czuć że twoje życie zależy tylko od ciebie? Nie chciałbyś codziennie wychodzić z domu, żeby spotkać ludzi z pracy a potem dostawać godne wynagrodzenie za swoją pracę? Ale „godne” podkreślam.
-Nie, Chomikowa. Ja tylko bym chciał kontaktu z normalnymi, zdrowymi ludźmi.
Próbuję z nim jeszcze na ten temat dyskutować, ale widzę że ja go w 100% nie zrozumiem. Poza tym to jego życie. Tylko jego.
Żegnamy się po godzinie. Nie zmarnowałam tej godziny. Nie zmieniam też jego życia i nie zmienię, ale zrobiłam coś pożytecznego…

Weszłam w odwiedziny do koleżanki, która pracuje w markecie. Rozmawiałyśmy z jej klientem o odwadze współczesnych mężczyzn. Opowiadam o spotkaniu z Marcinem, który nie powinien mieć ani grama odwagi, a zaprosił mnie na kawę.
-A! Taki z porażeniem mózgowym? Zdarza się, że go tutaj widuję. Faktycznie od czasu do czasu zaczepia kogoś, żeby z nim porozmawiał, ale powiem ci, że kobiety to zaczepia tylko ładne.
-Myślisz, że mnie to dowartościuje?
-Myślę, Chomiczku, że ciebie nie, ale zrobiłaś chociaż dobry uczynek. Na górze masz to zaznaczone.

Skąd we mnie ostatnio tyle miłości do bliźniego? Aż zaczynam się o siebie martwić 😛  Na ten moment jeszcze nie jest ze mną tak źle, ale jeśli stan obecny będzie ulegał pogłębieniu, to skończę gdzieś w głębokiej Afryce a tam przecież grasuje EBOLA. A do eboli to ja może niekoniecznie… Ale co, jeśli pognie mnie konkretnie…? Przyodzieję tą białą chustkę i białe prześcieradło, rozdam oszczędności i będę żyć w ascezie pomagając bliźnim?
Chociaż nie będę mieć codziennego problemu „w co ja mam się jutro ubrać?” 😛

Zapytam sąsiadki, czy okien jej nie trzeba umyć.
😛

——————————–
*imię zmienione